Zwiastunka miłości

Św. Maria Magdalena. Zwiastunka miłości eucharystycznej to nieszablonowa opowieść o wielkiej Apostołce. Publikacja, która mnie zaskoczyła i pokazała jak pisać o świętych, by do nich nie zniechęcać…

Ks. Sean Davidson stworzył fabułę zgodną z nauczaniem Kościoła i Pismem Świętym, a jednocześnie bardzo wciągająca, bliską ludzkiemu sercu.

Gdy czytam opowieści o świętych miewam problemy z przyswojeniem języka używanego przez autorów. Dla osoby, która nie jest ani teologiem, ani nie pracuje w żaden sposób naukowo, ciężko przychodzi czytanie traktatów i opisów przy użyciu skomplikowanej terminologii. Czytając Św. Marię Magdalenę miałam wrażenie, że autor opisuje bardziej kogoś kogo zna, niż abstrakcyjną postać, o której gdzieś kiedyś słyszał.

Autor nie mówi językiem łatwym, takim do poduszki. Opowiada jednak w taki sposób, że pobudza serce do dalszej lektury – mnie niejednokrotnie to serce poruszał bardzo mocno. Jego dobór słów i sposób narracji sprawiają, że lektura jest przyjemnością, a nie drogą przez literacką mękę.

Choć początek książki wcale tego nie zapowiadał… Czytając rozdział „Jedna kobieta czy trzy?” zastanawiałam się czy cała książka będzie tak głęboką analizą biblijną. Okazało się jednak, że było to tylko pewne wprowadzenie w dalsze, bardziej duchowe rozważania.

Kolejnych sześć rozdziałów mocno mnie zaskoczyło – bardzo pozytywnie. Nie do końca nazwałabym to medytacją. Czułam się raczej poprowadzona za rękę przez wydarzenia z życia świętej i Jezusa – w chronologicznym porządku, od czasu, gdy się spotkali, do zmartwychwstania Jezusa. Rozważania bardzo proste, ale głębokie. Mówiące o głównej bohaterce, ale również o współczesnym traktowaniu Jezusa i Najświętszego Sakramentu – wszystko połączone w sposób nienachalny i po mistrzowsku spójny.

Kilka fragmentów dotknęło mnie na tyle mocno, że odkładałam lekturę i „chodziłam” z tekstem resztę dnia.

Od momentu, w którym ujrzała oblicze tego świętego człowieka, całą sobą rozumiała, że Bóg, o którym ów nauczyciel mówił, jest Dobrocią. Zawsze przeczuwała, że Stwórca jest surowym Sędzią, do którego nie odważyłaby się zbliżyć, teraz jednak pojęła sens słów psalmu, który słyszała tyle razy w młodości i który zawsze był dla niej zagadkowy: „Pan jest łagodny i miłosierny, nieskory do gniewu i bardzo łaskawy, Pan jest dobry dla wszystkich” (Ps 145, 8-9). Teraz prawda tych słów stała się dla niej jasna jak światło słonecznego dnia. Str. 68

Nie jest to jednak tylko opowieść o relacji Jezusa z Marią Magdaleną. Autor opierając się na opisach biblijnych przedstawia różne sytuacje, które były Ich udziałem. Pokazuje jak wielkie przebaczenie i uwolnienie płynie ze szczerego spotkania z Chrystusem. Daje przykłady tego jak święta bardzo kochała Mistrza i pomimo ludzkiego sprzeciwu np. namaściła Go publicznie.

Nie są to suche opisy czy psychologiczne analizy zachowań świętej. Nazwałabym to raczej wejrzenie w jej kobiece, poranione serce, które dostrzegło to, czego nie widzieli w Jezusie inni.

Warto, żebyśmy sami zadali sobie to pytanie: ile spośród 1440 minut w ciągu dnia poświęcam na myślenie o Jezusie, a jak wiele czasu spędzam na myśleniu o ulotnych, doczesnych sprawach materialnych? Str.123

To jedna z tych publikacji, które zostają we mnie jeszcze długi czas po zakończeniu lektury. Bardzo dziękuję za nią Wydawnictwu PROMIC!

Tytuł Św. Maria Magdalena. Zwiastunka miłości eucharystycznej
Autor Ks. Sean Davidson
Wydawnictwo PROMIC
Liczba stron 248
Cena 25,90 zł

Opublikowano Recenzje | Otagowano , , , | Skomentuj

Kwiaty Boga

Kolejna wartościowa lektura od Wydawnictwa Dreams za mną… Tym razem to nie powieść, ani duchowość.

Kwiaty Boga to opowieści kilkunastu kobiet, którym życie nie ułożyło się tak, jak marzyły. Puszczalskie? Nieodpowiedzialne? A może zagubione, poranione? Bohaterki, których historia zaczyna się odmieniać w łódzkim Domu Samotnej Matki. Wiele kobiet, wiele spojrzeń, sporo ran i bólu. I miłość, którą znalazły tam, gdzie się jej nie spodziewały.

Każda historia jest inna. Wiele z nich łączą rany i zaniedbania z dzieciństwa, molestowanie. Często odnosiłam wrażenie, że wiele z tych historii łączy wspólny mianownik – poszukiwanie miłości.

Bohaterki znajdywały tę miłość, lecz nie tam gdzie marzyły… Kolejne zawody miłosne i kolejne ciąże. Różne miałam odczucia czytając ich historie. Czasem irytowałam się, myśląc – niech ona się ogarnie! Potem przychodziła jednak refleksja: a co jeśli nie potrafi?

Słyszałam już wiele podobnych historii, gdy podczas studiów odwiedzałam Dom Samotnej Matki w Gdańsku Matemblewie. Dla wielu kobiet było to pierwsze miejsce, w którym otrzymały bezinteresowną pomoc. Wiele z nich otrzymywało tam wsparcie nie tylko fizyczne, mieszkaniowe, bytowe – ale również psychiczne i duchowe.

Podobnie działa DSM w Łodzi – poznajemy ten ośrodek z opowiadań kobiet.

Bardzo szczere wyznania. Wielokrotnie ściskało mnie za serce. Tyle bólu i walki o życie swoje i dzieci! Ostatnia historia, opowiedziana przez siostrę Magdalenę dotknęła mnie szczególnie mocno…

Pod koniec stycznia 2015 roku Karolina bardzo chciała spotkać się z córeczkami. Ona sama na wózku inwalidzkim, dziewczynki biegające i śmiejące się do mamy. Zobaczyła, jak się zmieniły, że są szczęśliwe i kochane, w rodzinie, w której chciała, by były. Wiele razy w czasie choroby starszą córką, Zosią, opiekowała się księgowa domu samotnej matki razem ze swoim mężem. Zabierała ją do siebie – do domu – na weekendy, a później na całe tygodnie. Tamten dzień styczniowy był pożegnaniem Karoliny z córeczkami. Myślę, że wiedziała, że nie musi już walczyć, że może się poddać, odpocząć, bo jej dziewczynki są bezpieczne. Str.141

Wszystkie te opowieści – mocne, trudne, dające do myślenia. Nie jest to lektura do poduszki. Warto jednak po nią sięgnąć i poznać świat oczami tych, które na co dzień doznają więcej ocenienia i odrzucenia niż zrozumienia… To prawdziwe Kwiaty Boga – postarajmy się tak na nie spojrzeć…

Dziękuję Wydawnictwu Dreams za egzemplarz recenzencki!

Tytuł Kwiaty Boga
Autorkami są bohaterki książki, wybór Małgorzata Kotwica
Wydawnictwo Dreams
Liczba stron 144
Cena 19 zł

Zdjęcia są własnością Wydawnictwa

Opublikowano Recenzje | Otagowano , , , , , | 1 komentarz

W Kościele warto być łobuzem?

Strach czy zaufanie?

Będąc dzieckiem bardzo bałam się proboszcza z mojej parafii. Mieszkałam na wsi i nie miałam możliwości poznania kogoś innego – z otwartym i radosnym sercem. Myślałam, że tak już musi być. Sądziłam, że ksiądz ma zawsze rację – nawet jeśli całe kazanie i ogłoszenia duszpasterskie poświęcone są zbieraniu funduszy na nowe dzwony do kościoła. Czułam, że strach w takiej relacji jest normalny – wszak ksiądz ma zawsze rację…

„Mamo! Czy Jezus dłubał sobie między palcami jak ja, gdy był mały?” – zapytał kilka miesięcy temu mój 4 letni syn. Odpowiedziałam, że pewnie tak…
„Mama, ja wiem! Pójdziemy do ojca Piotra, on jest mądry i będzie wiedział” – odpowiedział i jak pomyślał, tak zrobił. Nie bał się. „Ojciec wujek Piotr” to przecież przyjaciel. W końcu zawsze bierze na ręce i podrzuca. Można zadać mu pytanie i się z tych pytań nie śmieje, można z nim pogadać o wszystkim. Taki obraz Kościoła ma mój syn.

Czy wkurza mnie w Kościele przewielebność? Owszem! Skręca mnie, gdy słyszę kazanie, które zaczyna się od słów „przewielebny księże kanoniku, drodzy parafianie”. Już wiem, gdzie bym syna z jego pytaniami nie wysłała.

Pieniądze

Sześć lat temu brałam ślub w dużym, gdańskim sanktuarium. Zapytaliśmy ks.Wiesława o pieniądze. Uśmiechnął się tylko i pokiwał głową. Niestety zanim wzięliśmy ślub, zmienił się tam proboszcz. Ten kolejny nie kiwał głową, był raczej kimś kto na każdym milimetrze parafii chciał rządzić – nawet kosztem ludzkiej wrażliwości. Czy mnie to wkurzało? Owszem! Do tego stopnia, że rozmawiał z nim mąż. Wiedziałam, że moje słowa mogą przynieść nieszczęście. W końcu od tylu lat przyjeżdżałam w to miejsce, było dla mnie tak bliskie i szczególne…

Radość ze Zmartwychwstania

W Święta nie udało nam się pojechać na mszę do kościoła Jezuitów. Bardzo nad tym bolejemy. Gdy w Niedzielę Zmartwychwstania szłam na Mszę Świętą, bardzo chciałam zobaczyć radość, usłyszeć coś co poruszy moje smutne serce. Mamy w parafii dwóch bardzo dobrych kaznodziei. Liczyłam na to, że któryś z nich powie kazanie. Niestety tak nie było… Gdy zobaczyłam kto wchodzi na ambonę z mojego serca wyrwało się ciche, smutne westchnienie „Boże, dlaczego dziś wystawili do kazań jego?”.

Czy byłabym w stanie pójść do zakrystii i to powiedzieć? Chyba nie, nie chciałabym ranić tego wiekowego kapłana. Inaczej było na kolędzie – gdy pytano mnie co myślę o pracy parafii, mówiłam wprost co czuję, co mnie wkurza, czego mi brakuje. Inaczej reaguję, gdy usłyszę coś co mnie pozytywnie poruszy – idę i dziękuję. Wierzę, że warto…

Wierni

„Co on się tak czepia? Moje życie, moja sprawa. Chcę być chrzestną, co go to obchodzi, że żyję bez ślubu?”
„Płacę i wymagam”
„Co za dzięcioł? Jak można tak spowiadać?”

Tak, wkurzają mnie takie teksty. Sama wiele wymagam, ale nie tylko od innych. Każdy jest częścią Kościoła i jest za niego tak samo odpowiedzialny!
Nie odpowiada ci spowiednik? Znajdź sobie innego! Wymagasz? Daj coś z siebie!

Nie twierdzę, że wina jest zawsze po stronie wiernych, a życie jest czarno-białe. Znam wiele osób, które żyją w związkach niesakramentalnych, a byłyby lepszymi chrzestnymi niż ci, którzy z zewnątrz są nieskazitelni. Czy to jest uczciwe? Nie wiem…

Mój Kościół

Wiele jest rzeczy, które mnie przez lata odpychało od Kościoła. Lęk przed kapłanami, który przekładał się na uciekanie od konfesjonału – byle jak najdalej. Bylejakość kazań, po których wychodziłam jeszcze bardziej przybita, niż przyszłam. Cenniki, na widok których moje tętno gwałtownie przyspieszało.
Dziś się nie denerwuję. Znalazłam spowiednika, którego się nie boję. Znalazłam parafię, gdzie od 10 lat nie usłyszałam kazania, które wgniotło by mnie w ziemię – choć zdarzały się takie, które w ogóle mnie nie poruszały. Dziś nie bolą mnie cenniki, bo chodzę tam, gdzie ich nie ma. Nie oznacza to, że nie daję pieniędzy – wręcz przeciwnie.

Dziś jestem w miejscu, gdzie dziękuję za masę dobra, które dostaję. Gdy widzę coś co nie daje mi spokoju – mówię o tym na ucho tym, którzy są w stanie to przyjąć. Nie stoję na dziedzińcu krzycząc, że mi się należy. Szukam miejsc, gdzie moje potrzeby zostaną zaspokojone. I znajduje je, zawsze…

 

Chcesz wiedzieć o nowych wpisach na bieżąco? Zapraszam na mój funpage
Biegnąc pod wiatr

Opublikowano Chwile z życia | Otagowano | 2 komentarze

Kobieta miła, czyli jaka?

Na początku kwietnia na facebooku umieściłam filmik pt. „Być kobietą urzekającą to być miłą” o.Remigiusza Recława SJ. Nagranie to wzbudziło pewne reakcje z powodu samego tytułu. Później, rzec by można, było tylko gorzej…

-„Niezwykle ciąży mi i myślę, że wielu kobietom przekaz, który od dzieciństwa się za nami wlecze, że mamy być miłe, ugodowe, nie złościć się, być bardziej wrażliwe na potrzeby innych niż swoje itp.”;
„szkoda, że nie wyjaśnił, co to znaczy być miłą, tylko że trzeba być miłą…”;
„Kobieca kobieta” to nie tylko ta, która jest uprzejma, pełna pokoju, odkrywająca dobro i „gromadząca je w swoim banku”. Kobieca kobieta to też taka, która potrafi stawiać granice (czasem w celu obrony swoich bliskich, czasem siebie samej). Wtedy nie da się być miłym!”;
-„w
iększość osób ,które przychodzą do mojego gabinetu, to są właśnie grzeczni chłopcy i grzeczne dziewczynki 40+, które teraz borykają się z nerwicą lub depresją. Jesteśmy mieszaniną światła i cienia i ten cień, coś ważnego ma nam do powiedzenia”.

To tylko niektóre z tych wypowiedzi, z którymi bardzo się zgadzam.

Jest jednak pewne „ale”… Ja chcę być miłą!

Chcę być miła, nie złościć się, chcę mieć wrażliwość na cudzą niedolę…
Chcę by był we mnie pokój, a nie lęk, złość i frustracja.

Czym różni się kobieta miła od niemiłej? Wyglądem, strojem, aparycją, umiejętnością stawiania granic? A może miła kobieta to ta, która potrafi tupnąć nogą i postawić granice – wszak ludzie z takimi osobami podobno czują się bezpiecznie (tak! Ja lubię znać cudze granice, wtedy w relacji czuję się bardziej wolna!)?

Jestem pewnego rodzaju dziwadłem – wiem. Czasem słyszę, że mam archaiczne poglądy, bo uważam, że mąż jest głową mojej rodziny, a przy tym uważam nasz związek za partnerski. Dla wielu to się wyklucza – uważane jest za kategoryczną sprzeczność. Dla mnie jednak nie…

Myślę, że podobnie postrzegam piękno kobiety.
Można być miłą i nie tłamsić swoich uczuć. Nikt nie karze mi walić talerzami, wolę iść pobiegać.
Kobieta miła, to taka, która mówi co myśli, ale w taki sposób, by nie zabić drugiego (ja się tego nieustannie uczę!).
Miła kobieta to ta, która fizycznie nie wabi seksapilem (choć zewnętrzne piękno też jest ważne!), ale taka, która ma wzrok skierowany ku Bogu i drugiemu człowiekowi. Taka, przy której się uspokajasz, nawet jeśli ona nie zdąży powiedzieć słowa. Taka, która ma piękne oczy, które patrząc widzą więcej niż ci się wydaje.
Czy to oznacza, że ma zaniedbywać siebie? Nie!!! Czytałam niedawno tekst Natalii Świderskiej o tym, jak ważne jest dostarczanie tlenu najpierw sobie – polecam tę lekturę (https://almadecasa.blog.deon.pl/2018/04/13/tlen/#comment-50)! Jeśli nie zadbasz o siebie – nie dasz też siebie innym. Z pustego Salomon nie naleje 🙂

Czy jesteś i chcesz być piękna? Co dla Ciebie oznacza być piękną/pięknym?

 

Zdjęcie z pixabay.com

 

 

Chcesz wiedzieć o nowych wpisach na bieżąco? Zapraszam na mój funpage
Biegnąc pod wiatr

Opublikowano Chwile z życia | Otagowano , , | 1 komentarz

Zmierzch nad jagodowymi polami

Dotarła do mnie niedawno kolejna powieść Wydawnictwa Dreams. Ten, kto czyta moje recenzje wie, że poprzednia („Dopóki biegnę” T. Blackstock) była tak dobra i wciągająca, że nie mogłam się od niej oderwać. Myślałam, że już bardziej wciągająco nie można. Myliłam się! „Zmierzch nad jagodowymi polami” przeczytałam w dwa wieczory (384 str.!) – nie byłam w stanie odłożyć jej na długo…

To trzecia część serii Nad Zataką autorstwa Colleen Coble. Nie trzeba jednak czytać dwóch poprzednich, by wiedzieć o co chodzi – każda z nich tworzy odrębną historię.


Zdjęcie jest własnością Wydawnictwa

Kate to dziewczyna, która wygrała walkę ze śmiertelną chorobą. Krok po kroku poznajemy jej zawiłą historię. Po latach odnalazła siostrę bliźniaczkę, pracuje na polach jagodowych, jednak nie chcą one wydać owoców… Kate nie potrafi ich porzucić – czuje, że musi na nich pozostać, bo tego oczekuje od niej matka przebywająca w więzieniu. Podobnie jak jej wujek, który ją wychowywał – poznajemy go z czasem bliżej. Uciekł z więzienia, zaatakował wiele osób, ale ostatecznie bardzo im pomógł. Jak? Tego nie zdradzę!

W życiu Kate pojawia się Drake z dwiema małymi dziewczynkami. Dla bohaterki jest to okazja – może wynająć mały domek znajdujący się na jej posiadłości. Kim są dziewczynki i co wspólnego ze śmiercią ich rodziców ma Kate?

W powieści pojawia się też stalker podglądający kobiety. Gdy jedna z nich go zauważa, gwałci ją i morduje. Jednym z jego celów jest Kate, która nieświadoma zagrożenia czuje, że obserwuje ją… wujek.

Ale czy to na pewno on? Kto stoi za śmiercią brata i bratowej Draka? Jak dziewczynki poradzą sobie po stracie rodziców? Czy Kate i Drake mają szansę na nawiązanie ze sobą bliższej relacji? Dlaczego bohaterka zostaje nianią dziewczynek?

Milion pytań rodziło się w mojej głowie podczas tej lektury. Mistrzowskie połączenie wielu trudnych historii i ludzkich dramatów. Dogłębna analiza psychologiczna Kate, która czuje się niegodna by być szczęśliwą. Wszystko podane w taki sposób, że czyta się lekko i nie można się oderwać – zwyczajnie chce się więcej i więcej. Im więcej jest pytań, tym bardziej chce się odpowiedzi… Do tego piękne i subtelne odniesienia do Boga – nie narzucają się i nie są na pierwszym planie, ale przemycone są w taki sposób, że budzi to pewną refleksję i daje obraz bohaterów szukających pomocy nie tylko u ludzi.

Zaskakujące było dla mnie to, jak autorka budziła we mnie napięcie. Najpierw jedna śmierć, potem pojawiający się Drake, który szuka dowodów zbrodni. Później wujek – uciekinier oraz stalker – na początku miałam wątpliwości czy to przypadkiem nie jest jedna osoba. Wiele wątków, które są powiązane ze sobą po mistrzowsku.

Colleen Coble to najlepiej sprzedająca się pisarka wg USA Today – po lekturze „Zmierzchu nad jagodowymi polami” wcale mnie to nie dziwi!

Dziękuję Wydawnictwu Dreams za kolejną dawkę niesamowitych emocji!

Tytuł: „Zmierzch nad jagodowymi polami”

Autor: Colleen Coble

Wydawnictwo: Dreams

Premiera: 27. 03. 2018 r.

Liczba stron: 384

Cena: 34,90 zł

Opublikowano Recenzje | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Dzikie dziecko z lasu?

Nie recenzowałam jeszcze książki o wydarzeniach historycznych, w dodatku o dziecku – konkretnym, z imieniem, swoją historią i problemami. Normalnie bym się tego nie podjęła, ale po opisie, który przeczytałam na stronie Wydawnictwa Meandry bardzo zapragnęłam poznać Wiktora. Gdy go już poznałam, bardzo chciałabym ci o nim opowiedzieć…

„Dziki chłopiec. Prawdziwe życie dzikusa z Aveyron” to autentyczna opowieść o ostatnim znalezionym w Europie dzikim dziecku. Opowieść przeplatana rysunkami, od których nie mogłam się oderwać.

Na stronie Wydawcy napisano, że takie dzieci odnajdywano wielokrotnie w indyjskich dżunglach – nie było to dla mnie jakimś zaskoczeniem. Jednak to, że Wiktor żył w Europie trochę mnie zadziwiło…

Francja, XVIII wiek. Robotnicy zauważają w lesie dziecko – nagie, pochylone, dzikie. Z czasem udaje im się złapać chłopca, którego prowadzą na dziedziniec miasta – tam staje się atrakcją i wystawiony jest na publiczne wyśmianie. Głuchy? Niemy? Imbecyl?

Udało mu się uciec. Złapano go ponownie. Umieszczano w specjalnych ośrodkach, badano, przeprowadzano eksperymenty. Bardzo długo nie spotkał na swojej drodze nikogo, kto traktowałby go jak człowieka, a nie obiekt badań. Gdy już się to stało – starano się go uspołecznić.

Okazało się, że Wiktor słyszy. Z czasem potrafił pokazać opiekunom czego w tym momencie mu potrzeba. Ale czy to wystarczy? Czy jego życie w mieście, w murach jest życiem szczęśliwym?

Jak opisuje autorka Mary Losure – widać było w nim tęsknotę za lasem. Mimo, że nauczył się jeść przy stole – nadal nie był tak obyty przy posiłkach jak jego europejscy rówieśnicy. Pomimo tego, że potrafił wskazać przedmioty, nie był w stanie komunikować się jak inni. Mimo, że kochał swoich opiekunów – nigdy do końca nie poczuł się u siebie.

Kilka lat w lesie – jak tam trafił? Jak udało mu się przeżyć? Tego nie wiemy…

Podczas tej lektury wiele razy stawałam w zadziwieniu. Czy można robić eksperymenty na ludziach tylko po to, by spełniali oni nasze wymagania? Można uspołeczniać kogoś na siłę, mimo, że życie w lesie daje mu spełnienie i szczęście i jest tam samowystarczalny? Czy można dzikie dziecko zmienić na swoją modłę?

Próby zmiany Wiktora wydawały mi się czasem objawem ludzkiego okrucieństwa. Nie wiem czy kierowano się jego dobrem, choć sądzę, że takie było założenie.

Wszystko wskazuje na to, że chłopiec został porzucony. Pojawiło się jednak we mnie pewne pytanie – co gdyby moje małe dziecko zaginęło i odnalazło się po latach w lesie? Czy chciałabym je stamtąd wyrwać i przez wiele lat uspołeczniać na siłę? Czy może pozwoliłabym mu odejść, by żył tam, gdzie mu najlepiej? Znam odpowiedź na to pytanie – nie oceniam więc tych, którzy żyli z Wiktorem i robili wszystko by stał się taki jaki inni – choć to niekoniecznie była droga dla niego…

Dziękuję serdecznie Marcie Mital za propozycję poznania Wiktora. Stał się inspiracją nie tylko dla Marii Montessori, ale również we mnie pojawiło się wiele pytań, których w innych okolicznościach bym sobie nie postawiła…

Polecam lekturę nie tylko dorosłym. Młodzieży 12+ może spodobać się równie mocno.

Tytuł: „Dziki chłopiec. Prawdziwe życie dzikusa z Aveyron”
Autor: Mary Losure
Wydawnictwo Meandry Marta Mital
Liczba stron: 193
Cena: 35,00 zł

 

Zdjęcia są własnością Wydawnictwa Meandry Marta Mital

Opublikowano Recenzje | Otagowano , , , , | Skomentuj

Idealna dziewczyna?

Czy chcesz być doskonały, piękny, podziwiany, zauważony? Ja tak! Czuję, że takie pragnienia wpisane są mocno w nasze serca… Co się dzieje, gdy nie zostają jednak zaspokojone?

Przed momentem skończyłam lekturę autobiografii Jennifer Strickland, modelki, która stojąc na szczycie kariery, spadała w dół – myślenia o sobie, patrzenia na własne wybory, życie i ludzi, którzy ją otaczali. Czując się samotna i pusta zaczęła szukać Boga. Dostała odpowiedź, której zupełnie się nie spodziewała.

Rzadko zaraz po skończeniu lektury siadam do komputera, by o niej napisać. Dziś jednak nie potrafię inaczej. Historia Jennifer dotknęła mnie bardzo głęboko.

Jennifer Strickland weszła w świat mody jako dziecko – jako 8 latka zaczęła wchodzić do środowiska, które miało jej zapewnić szczęście i spełnienie. Zewnętrznie bardzo długo wszystko przebiegało idealnie – pracowała m.in. dla Giorgia Armaniego. Była rozchwytywana – do czasu.

Modelka przedstawia nam okrutną stronę świata mody – zdeprawowanych wartości i kultu ciała. Czuła się towarem, który musi wyglądać idealnie, by móc go sprzedać. Z wielkim bólem opisuje sytuacje, gdy wydawano jej całymi godzinami suche polecenia, przebierano, malowano – nie pytając jak się czuje i czy ma siły pracować dalej. Nie dawano jej wyboru – musiała być ciągle piękna, silna i dostępna. Była tylko ciałem, obiektem do zdjęć.

Historia modelki przepełniała mnie bólem. Nie rozumiana przez najbliższych, którzy skupiali się na jej sukcesie, a nie potrzebach i wielkim poczuciu osamotnienia. To kobieta, która czuła się na tyle dobra, na ile ją wyceniono.

Z czasem stało się jednak coś, co zaczęło zmieniać bieg jej historii. Ciągła pogoń za byciem idealną popchnęła ją w anoreksję – zaczęła zauważać w lustrze odbicie samych kości. Jej cera stała się brzydka, okres zanikł – stawała się coraz słabiej oceniana, a więc i mniej zatrudniana w świecie mody. Doświadczyła tego, jak źle można traktować drugiego człowieka. Niejednokrotnie usłyszała, że jest za chuda, brzydka i do niczego. Zaczęła w to wierzyć.

Dopóki mogłam, ignorowałam pustkę w sercu. A teraz ona krzyczy. Pustka, którą zobaczyłam na scenie, nie zostawia mnie w spokoju mimo moich uników. Przychodzi w sennych koszmarach, woła w środku nocy. Przytrzymuje mnie, kiedy rano chcę wstać, ale nie potrafię. Nie udaje mi się przed nią uciec bez względu na to, ile najmodniejszych ubrań i biżuterii włożę. Prześladuje mnie nieustannie, dopóki nie pokona. Str.172

Stając na progu śmierci, chcąc popełnić samobójstwo, odnajduje resztki sił by żyć. Z czasem spotyka ludzi, którzy w niesamowity sposób prowadzą ją do Boga. Spotyka na drodze nieznajomego, który mówi jej wprost, że nie jest na sprzedaż, jest wartościowa i nie powinna iść na kolejny casting. Posłuchała go…

Cała historia bohaterki przeplatana jest jej spojrzeniem na wiarę – każdy rozdział kończy się krótkim odniesieniem do Pisma Świętego – bardzo celnie i dobrze opisując problemy poruszane w danym rozdziale.

Opowieść modelki bardzo mocno mnie poruszyła. Pewna cząstka mnie krzyczy często, że nie jestem dość idealna, by być kochaną. Pewna część mnie mówi, że muszę być fizycznie piękna, by być wystarczająco dobra. Jennifer łamie to kłamstwo, odsłaniając mi spojrzenie Boga na te dziedziny mojego serca.

Jestem ogromnie wdzięczna za tę historię – wiem, że powrót do trudnych wspomnień był dla niej bardzo trudny. Dziś Jennifer jest szczęśliwą żoną i matką. Czuje się piękna, spełniona i ważna. Nie jest towarem, jest Bożym dziełem…

Dziękuję Wydawnictwu Koinonia za niezwykle poruszającą i oczyszczającą lekturę!

Tytuł: „Idealna dziewczyna”
Autor: Jennifer Strickland
Wydawnictwo: Koinonia
Liczba stron: 252
Cena: 10,00 zł (regularna 26,90 zł)

 

Zdjęcie należy do Wydawnictwa Koinonia

Opublikowano Recenzje | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Foch to foch – czyli o kobiecej emocjonalności słów kilka, cz.2

Po środowym tekście o kobiecych emocjach i hormonach dostałam kilka różnych wiadomości. Zdecydowanie ze sobą sprzecznych. Kobiety dziękują – czują, że nie są same. I nie są „wariatkami”. Pojawił się jednak też pewien mężczyzna, który zarzucił mi usprawiedliwianie grzechu:

„A to można by też się zapytać mężczyzn? Czy Bóg dał nam popęd i testosteron, który jest silniejszy niż wola? To by mogło być powodem niespowiadania się z grzechu np. masturbacji, bo nie jest się w stanie panować nad popędem. Dotyczyłoby także czystości przedmałżeńskiej, która zwyczajnie nie była by możliwa.” Krzysztof

Czy ja gdziekolwiek pisałam, że mamy kierować się emocjami? Ależ skąd! Wręcz przeciwnie – cytowałam słowa, które sugerowały coś wręcz przeciwnego.

Jak to jest więc z hormonami, które są tak silne, że większość z Was zaznaczyła w ankiecie, że nami rządzą?

Kobieta, która doświadczyła tak głębokiego smutku, że nie była w stanie wstać z łóżka, odebrać telefonu, załatwić prostej sprawy – wie co to znaczy szalejące emocje.
Miałam taki czas w swoim życiu – na początku studiów, że byłam bezwładna. Głównie przed miesiączką – pomogło leczenie u endokrynologa. Czy więc hormony nie mają wpływu? A może to nie my mamy wpływu na nie?

Często jest tak, że patrzymy na drugiego człowieka przez pryzmat własnych doświadczeń. Przez 29 lat nie wiedziałam jak objawia się PMS – po urodzeniu drugiego dziecka wiele się w tej materii zmieniło. Gryzę, krzyczę, wkurzam się o byle co. Taka jest moja pierwsza, można rzec – pierwotna reakcja. Ale czy nie mam na nią wpływu?
Mam! Gdy jestem wypoczęta, gdy nie muszę opiekować się dziećmi sama od 4.30 do 19.00- jest łatwiej. Można by rzec – siedzisz w domu. Nie pracujesz. Każda matka wie, że to nieprawda.

W Kościele mówi się wprost o tym, że uczucia i emocje nie mają wartości moralnej – nie są ani dobre ani złe. Nie mogą więc być grzechem. Sprawa ma się jednak trochę inaczej jeśli chodzi o moje reakcje – one często są grzeszne. Wyżywasz się na niewinny dziecku – krzyczysz, szarpiesz? Jesteś winna! Nie emocji, ale swojego zachowania. Za swoje zachowanie odpowiedzialna jestem ja, nie moje emocje.

Życie dostarcza mi często trudnych i stresujących sytuacji. Jestem szczęśliwa i spełniona. Nie oznacza to jednak, że nie doświadczam trudności i problemów. One są i będą.

Jestem słaba. Zbyt często daję się swoim uczuciom rządzić – między innymi dlatego wróciłam po latach przerwy do sportu i zaczęłam biegać. Między innymi dlatego staram się czasem sprawić samej sobie małą przyjemność – bo tak często dbam o innych, zapominając o sobie. To dlatego męczę spowiednika i chodzę do niego tak często, jak potrzebuje tego moje sumienie – ono często bardzo mocno mnie uwiera.

A Ty? Dbasz o siebie? O swoje potrzeby? Potrafisz je nazwać, zaspokoić?

Przypominam o wyzwaniu dla kobiet – jeszcze 5 dni!

Dbajmy o siebie! Dla dobra swojego, mężów, dzieci i tych, którzy każdego dnia mają szczęście nas spotkać!

 

 

 

Opublikowano Chwile z życia | Otagowano | 8 komentarzy

Foch to foch – czyli o kobiecej emocjonalności słów kilka, cz.1

W głowie jednej z czytelniczek bloga zrodziła się myśl, by poczytać więcej o kobiecych emocjach. Poprosiłam więc osoby odwiedzające mój fanpage o podzielenie się swoimi doświadczeniami.

Czy foch to zawsze foch? A może system hormonalny rządzi kobiecą wolą? Co wpływa na emocje kobiety? Jak sobie z nimi radzić? Czy mężczyzna może pomóc swojej ukochanej przeżyć lepiej to, co czuje?

Dziękuję wszystkim, którzy podzielili się ze mną często bardzo osobistymi doświadczeniami.

Na potrzeby tego tekstu zrobiłam też krótką ankietę, której wynik bardzo mnie zaskoczył…

 

Czy naprawdę jest tak, że nie mamy wpływu na to co się z nami dzieje? Czy Bóg dał nam hormony, które są silniejsze niż nasz rozum i wola? Z tej ankiety wynika, że tak…

Choć, gdy pytałam was o to, jak wygląda to w praktyce, odpowiedzi często były inne:

  • niestety mogą mieć przewagę nad wolą (ja ciąży domyślałam się zanim zrobiłam test ciążowy – po prostu widziałam że zachowuje się tak, jakbym potrzebowała psychiatry- albo właśnie była w ciąży). Z drugiej strony nie jest też tak, że nie ma się na nie zupełnie wpływu – mi pomaga melisa, którą od jakiegoś czasu pije codziennie – i czuję się bardziej wyciszona nawet w tych trudnych okresach), oprócz tego odpoczynek, ruch i suplementacja magnezu bardzo pomaga.
  • z mojego doświadczenia mogę powiedzieć o napięciu przedmiesiączkowym – hormony nie mają wpływu na wolną wolę. Ostatecznie to ja jestem osobą, która decyduje o tym, co zrobi. Hormony mogą mi to ułatwić albo utrudnić, ale nie decydują za mnie. Mogą powodować, że jestem zdenerwowana (w przypadku pms) i łatwiej mnie wyprowadzić z równowagi, ale jestem dorosłą, (chyba) dojrzałą osobą, więc nie mogę zwalać wszystkiego na hormony. Jednocześnie zauważam, że sposób, w jaki się odżywiam, ma znaczący wpływ na zmniejszenie napięcia przedmiesiączkowego, więc hormonom można też trochę „pomóc”, np. jak jem dużo zieleniny, warzyw i ograniczam słodycze, to czuję się lepiej i napięcie przedmiesiączkowe znika (albo dolegliwości są naprawdę niewielkie).
  • kilka dni przed miesiączka mam takie spadki nastroju jak w ciężkiej depresji . Potwierdzone przez psychologa wiec to nie jest foch. Hormony maja potężną moc.
  • Każdy człowiek ma zdolność do oceniania sytuacji, do podejmowania odpowiedzialnych decyzji, do kontroli samego siebie. I choć często nasze kobiece hormony dają o sobie znać, dla mnie nie mają one znaczenia w przypadku wolnej woli. Hormony to część naszej kobiecej natury, to coś naturalnie obecnego w naszym życiu, to biologia naszego istnienia. I one zawsze będą nam towarzyszyć, szczególnie wtedy kiedy zostajemy matkami dla poczętego dziecka czy kiedy się starzejemy. A wolna wola to nasza zdolność podejmowania decyzji, zdolność rozróżniania dobra od zła i podążanie za własnym sobą, słuchanie swojego głosu serca i rozsądku.

A Ty co o tym myślisz? Co twoim zdaniem najbardziej wpływa na naszą emocjonalność?

  • Myślę, że bardzo wiele rzeczy się na to składa, na te złe najczęściej moje dziecko, kiedy mnie nie słucha, mąż, który czasami bardzo irytuje, ludzie, którzy są okrutni i podli dla mnie, choćby w pracy… Na wzruszenie np. oddziałują u mnie ludzie dramaty, często oglądając programy na żywo typu „Uwaga” czy „Sprawa dla reportera” zdarza mi się płakać, czuć niemoc i bezsilność…
  • Chociaż to może bardzo banalne stwierdzenie, ale prawdziwe – na nasze emocje często wpływają niezaspokojone potrzeby – snu, głodu. Tak pierwotne i oczywiste, ale dziś często nie mamy czasu zjeść w spokoju i porządnie się wyspać!
  • Artykułów do tego sprzecznych jest pełno. Był nawet niby medyczny, że kobiety pms tylko wykorzystują dla własnych celów.
  • Na emocje każdego człowieka niezależnie od płci wpływa najbardziej stopień zaspokojenia bądź niezaspokojenia swoich potrzeb. Im bardziej jesteśmy ich świadomi i im bardziej bierzemy za nie odpowiedzialność, tym większa kontrolę mamy nad emocjami. Na nasze emocje mają też wpływ wartości które wyznajemy, czy jesteśmy w zgodzie z nimi czy spychamy je na margines. I znowu świadomość hierarchii wartości i/ lub ustawienie ich we właściwej kolejności i życie wg tego uspokaja emocje.
  • na emocje kobiety (z mojego doświadczenia) wpływa niemal wszystko – relacje z bliskimi, relacje w pracy, pogoda, korek, kolizja, kupno kanapy czy nowa fryzura. Emocje potrafią zmieniać się co 5 minut i biegać z jednej skrajności w drugą.

Czyli jednak nie ja decyduję???

W moim odczuciu nie do końca tak jest, choć odpowiedzi, które zacytowałam wyżej mogłyby to sugerować. Do mnie bardzo docierają powtarzające się słowa wielu z was o zaspokajaniu własnych potrzeb – często spychanych na margines, na koniec dnia, na potem, na nigdy…

Hormony mają ogromny wpływ na to jak ja się czuję i jak funkcjonuję – myślę, że moi bliscy widzą kiedy kończy się mój cykl… Niestety. Czy mogę nad tym panować? Mogę. Wtedy, gdy jestem wypoczęta, gdy mam chwilę dla siebie, gdy sprawię sobie małą przyjemność (kiedy to ostatnio zrobiłaś?).

Wiele z was pisało o tym, że pomaga odpoczynek, rozmowa z bliską osobą. Emilka pisała o melisie i suplementacji magnezu. Mnie pomaga dobra kawa, w dobrym towarzystwie. Wiele i niewiele, gdy w domu buszuje dwóch małych rozrabiaków.

Czy nie warto jednak czasem o to zadbać?

Każda z nas chce być urzekająca, piękna, promieniująca. A co robimy, by to się rzeczywiście stało?

Czy pozwalam na to by emocje były mną?

Paulina: „wg mnie kluczowym elementem jest dystans do emocji. Mam jakieś emocje, ale nie jestem emocjami – nie mogę pozwolić, żeby przejęły nade mną kontrolę, bo wiem, że 5 minut się zmienią, będą inne. Trzeba je uszanować, pokochać, pogłaskać, czasem dać im upust (np. pójść na trening, coś ugotować, podzielić się smutkiem, złością, radością, z kimś bliskim), ale nie powinny nami rządzić”.

Zgadzasz się z nią? Ja zdecydowanie tak!

Uwaga – wyzwanie!

Przez najbliższy tydzień każda z nas zrobi coś tylko dla siebie. Może to być zakup nowego ciuszka. Może kawa poza domem. Może spacer, bieg (możemy wspólnie jeśli mieszkasz blisko Trójmiasta :)). Co to będzie dla Ciebie? – nie wiem. Ale zróbmy coś dobrego i podzielmy się za tydzień efektami. Co Ty na to?

Opublikowano Chwile z życia | Otagowano , , , | 2 komentarze

Uwolniona!

„Uwolniona przez wiarę. Jak odrzucić siedem kłamstw, które wmawiają sobie kobiety” – tytuł, którego pierwsza część pobudziła moją nadzieję – uwolniona…. Piękna, ciepła, otulająca zmysły okładka – Wydawnictwo eSPe przekonało mnie już na starcie…

Później jednak zrobiło się trochę „pod górkę”. Wiedziałam, że ostatnio z wielu względów jest mi ciężko. Czułam się zwyczajnie źle z samą sobą. A tu kolejna książka zdzierająca ze mnie złudne myślenie – że wszystko zrobi się samo, że to co trudne samo kiedyś minie. Kolejne strony, to kolejne odkrycie i odzyskiwanie kontroli nad sobą – teraz w strefie umysłu, mam nadzieję, że niebawem dojdzie też do serca.

I słowa, które wręcz do mnie krzyczały:

Niestety, jeśli całe życie starasz się ukrywać swe słabości przed znajomymi, rodziną i przyjaciółmi, to uczysz się też ukrywać je przed Bogiem. Tylko Bóg potrafi tchnąć siłę w twoje słabości. Gdy stają się one źródłem niepewności i wstydu, ta siła jest stłamszona. Str.50

I wiele innych trudnych prawd, które dotykały mnie do głębi.

Saundra Dalton-Smith napisała małe kompendium wiedzy o sercach kobiet – nawet jeśli nie każdej, to większości, które znam. Z zawodu jest lekarzem, opowiada historie pacjentek, które spotkała w swoim gabinecie. Bardzo zaskakiwały mnie opowieści o tym jak podchodziła do tych, które przychodziły po pigułki – dostawały jednak materiał i wskazówki do długotrwałych zmian w myśleniu, patrzeniu na siebie i innych. To wszystko dotykało również ich duszy – lekarka powoływała się na swoje życie z Jezusem.

Zaczyna od historii Cameron – osoby bliskiej załamania, której udało się stać wolną kobietą. Książka kończy się Credo wolnej kobiety i przewodnikiem do pracy w grupie (podano pytania na 8 tygodni pracy). A środek?

Jakie kłamstwa stara się złamać w naszym życiu autorka?

Na stronie Wydawnictwa czytamy:

Poznaj prawdę o siedmiu kłamstwach, które niszczą Twoje życie, i zastosuj skuteczną kurację dla swojej udręczonej duszy.
Pozwoli Ci ona:

  1. czerpać zadowolenie z bycia po prostu znakomitą, a nie doskonałą;
  2. uwolnić się od zazdrości, by móc poczuć się kimś naprawdę wyjątkowym;
  3. zaakceptować siebie, rozsądnie dbając o swoje ciało;
  4. zorganizować codzienność tak, by znaleźć w niej czas dla samej siebie;
  5. bez lęku podchodzić do tego, co zdarza się nagle i niespodziewanie;
  6. poradzić sobie z trudnymi emocjami;
  7. uwierzyć w to, że szczęście Bóg daje Ci za darmo!

Co to oznacza dla mnie? Lektura odkrywała przede mną, że…

Znakomita, a nie doskonała – uczy mnie nie porównywać się z innymi.

Jestem wyjątkowa, nie muszę zazdrościć innym ich osiągnięć.

Uczę się akceptacji siebie, dbając o dietę i ruch – nie po to by być doskonałą, ale by się nie zaniedbać.

Uczę się równowagi – by odnajdywać czas dla siebie, choćby to miało być 3 razy po 5 minut w ciągu dnia, jak proponuje autorka.

Uczę się oddawać stery, gdy ktoś burzy mój uporządkowany plan dnia – nie chcę stracić tyle, co bohaterka tego rozdziału!

Nie jestem wariatką! Moje emocje mają prawo być jakie są. Uczę się otwierać przed drugim człowiekiem i mówić mu o sobie.

Narzuciłam na siebie wiele więzów, Bóg chce je rozwiązać i dać mi coś, o czym nie śmiem marzyć…

To, co dzieje się z twoim życiem, to bezpośredni rezultat tego, co dzieje się w twoim sercu. Niedziałające obszary wrócą do życia, gdy zasilisz je Bożą mocą. Otwórz swoje serce przed Bogiem i pozwól rozkwitnąć wiośnie nadziei. Pozwól przeniknąć Bogu głęboko w twoje od dawna skażone wnętrze. Wyznacz sobie czas na oczyszczenie. Wchłoń strumień Jego obietnic w arterie swojego życia. Zaakceptuj Jego bezwarunkową, bezgraniczną i nieokiełznaną miłość do ciebie i twojego szeroko otwartego serca. Str. 223

Czy polecam tę książkę? Zdecydowanie tak! Wydaje się nie być niczym nowym, wielce odkrywczym. A jednak! Sposób pisania autorki sprawił, że sama czułam się jej pacjentką, trochę poprowadzoną za rękę ku większej świadomości, wolności i odnowieniu – psychiki, ducha i ciała.

Dziękuję Wydawnictwu eSPe za lekturę!

Tytuł: „Uwolniona przez wiarę. Jak odrzucić siedem kłamstw, które wmawiają sobie kobiety”
Autor: Saundra Dalton-Smith

Wydawnictwo: eSPe
Liczba stron: 248
Cena: 27,90 zł

Baner jest własnością Wydawnictwa

Opublikowano Recenzje | Otagowano , , , , | Skomentuj