Boży gangster

„Ewangelia według gangstera” przyciągnęła mnie początkowo tytułem, później bardzo sugestywną okładką. Gdy w opisie przeczytałam, że książka ta jest świadectwem nawrócenia Johna Pridmore’a, wiedziałam że chcę ją przeczytać.

Pierwsza część książki opisuje życie przed nawróceniem autora. Opowiada on z wręcz brutalną dokładnością o złu, któremu się przyczynił. Jako mały chłopiec doświadczył rozstania rodziców i długiej rozłąki z matką – te wydarzenia odcisnęły na nim ogromne piętno. Nie mając wsparcia w nikim szukał pocieszenia w swojej fizycznej sile i poczuciu władzy. Z czasem podejmował się prac jako ochroniarz, bramkarz w klubach, pośrednik gangów narkotykowych – znany był z tego, że bywa nieobliczalny i nadzwyczaj skuteczny w dążeniu do celu. Niejednokrotnie karany, obiecywał sobie zmiany… Momentami ciężko czytało się te wspomnienia – były dla mnie zbyt szczegółowe, a ich język momentami dość brutalny – można to wytłumaczyć jednak tym, że taki był właśnie świat, w którym poruszał się autor. Aż do czasu…

Zaczął zadawać sobie pytania o sens i pewnego razu, podobnie jak św. Paweł, usłyszał w sobie głos Boga. Zmieniło to go diametralnie, choć nie łatwo mu było odciąć się od nawyków wypracowanych przez lata.

W pewnym stopniu stawałem się znaną osobą. Moja kryminalna przeszłość nieustannie fascynowała wielu ludzi. Światek przestępczy to coś owianego swoistą legendą. Ludzie chcą wiedzieć, jak to jest, kiedy wiedzie się życie gangstera. W końcu większość normalnych członków społeczeństwa jedynie czyta o owym świecie albo widzi go w filmach. Kiedy człowiek zyskuje popularność – z dowolnego powodu, nawet jako rekolekcjonista – zawsze istnieje ryzyko, że sława uderzy mu do głowy. Str.252

Po mocnym doświadczenia Boga szukał kogoś kto pomoże mu na nowej drodze. Znalazł oparcie w mężu matki, później w kolejnych osobach, których na kartach książki występuje bardzo wiele. John spędzał mnóstwo czasu na modlitwie, zastanawiał się też nad życiem w zakonie, w którym żył kilka miesięcy. Z czasem doszedł jednak do tego, że chce żyć w świecie jako świecki ewangelizator. Założył wspólnotę, w której się rozwijał. Książka jest niesamowitym zbiorem opowieści o działaniu Boga – w życiu Johna i tych, do których przemawiał. Wiele serc pociągnął do Jezusa, stał się Jego gangsterem (co sugeruje też zdjęcie na okładce).

Niektórych elementów naszej opowieści nie jesteśmy w stanie zmienić bez pomocy Pana Boga. Nigdy nie jest to łatwe, gdyż niektóre zakamarki naszego wnętrza są bardzo mroczne, przerażające. Do dziś chodzę na terapię, ponieważ jestem przekonany, że zarówno rozwój duchowy, jak i uzdrowienie własnej psychiki to procesy trwające przez całe ludzkie życie. Kluczową sprawą okazuje się przy tym modlitwa. Biorę pełną odpowiedzialność za dokonywane przeze mnie w życiu wybory. Nie winię nikogo innego. Przeszłość pozostawiam Bożemu miłosierdziu, przyszłość – Bożej opatrzności, teraźniejszość – Bożej miłości. Str. 260

Ta lektura była dla mnie swego rodzaju wędrówką razem z Johnem. Nie dziwi mnie, że młodzi przychodzą do tego charyzmatycznego człowieka, który przemawia z mocą i żyje tym co mówi. Niesamowitym jest dla mnie fakt, że dla Pana Boga nie ma ludzi straconych. Choć często mawia się, że dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych, to takie historie jak ta, budzą w człowieku mocne przekonanie, że te słowa to nie pusty slogan. Gangster bijący na oślep, bezwzględny, szukający ucieczki w przygodnym seksie staje się kimś tak odmienionym, że jeździ po świecie i opowiada o Bogu?

Osobiście bardzo dotknęła mnie opowieść o tym jak jeden z podopiecznych Johna kopnął w jego samochód (autor pracował w tym czasie w świetlicy młodzieżowej). Ten, gdy go znalazł, złapał za szyję z pytaniem „czy wiesz co się tutaj robi z takimi jak ty?”. Oczywiście, chłopak wiedział i spodziewał się, że otrzyma potężny cios. John stwierdził jednak, że tego nie zrobi, bo go kocha i wypuścił zaskoczonego chłopaka z uścisku. Sama wstrzymałam oddech czytając o tej scenie – pewna byłam, że mężczyzna go pobije, tak jak jeszcze do niedawna robił ze wszystkimi, którzy stanęli na jego drodze.

Polecam tę opowieść każdemu, kto lubi czytać o ludzkiej przemianie i cudach, które dzieją się każdego dnia w życiu ludzi, którzy oddają się w Jego ręce. Lektura dobra będzie także dla tych, którzy od Pana Boga są ciut dalej – autor opowiada swoją historie, nie ma na celu nawracania nikogo. Świetna lektura na zimny i ponury czas za oknem – budzi chęć do życia i działania.

Wydawnictwo PROMIC – dziękuję za czas pełen wzruszeń i inspiracji…

Tytuł: „Ewangelia według gangstera”
Autor: John Pridmore, Greg Watts
Wydawnictwo: PROMIC
Liczba stron: 360
Cena: 28,90 zł

Link do książki na stronie Wydawcy TUTAJ

Opublikowano Recenzje | Otagowano , , , | 3 komentarze

Izrael kobiecym okiem

Nowość Wydawnictwa Koinonia „Ludzka twarz Izraela” to zapis doświadczeń Estery Wieja, która siedem lat spędziła w Jerozolimie.

Początkowo czułam się zawiedziona lekturą. Z opisu na okładce wynikało, że „nie jest to pozycja polityczna ani historyczna, lecz bardziej swoisty pamiętnik.” Pierwsze dwa rozdziały to jednak pewnego rodzaju rys historyczny – autorka przedstawia życie w kibucu oraz opowiada o odrodzeniu się do powszechnego użytku języka hebrajskiego. Moje nastawienie przed lekturą było inne – założyłam, że książka będzie wyłącznie opisem ludzi spotkanych przez dziennikarkę. Na szczęście nie porzuciłam lektury i teraz widzę jak wielką wartość miały również te początkowe strony – wprowadziły mnie w świat, o którym miałam bardzo nikłe pojęcie.

Estera Wieja to dziennikarka, podróżniczka i autorka książek. Założyła Misję Polska – Izrael. Mieszkając tam pracowała dla Międzynarodowej Ambasady Chrześcijańskiej (ICEJ). O tym miejscu, panującej tam atmosferze i jego mieszkańcach może powiedzieć więc wiele.

Siedemdziesiąt lat temu na Bliskim Wschodzie powstało wolne, demokratyczne państwo z bardzo poranionym i nieufnym społeczeństwem. Większość żydowskich obywateli nowo powstałego Izraela przeszła liczne koszmary w krajach swojego dotychczasowego pobytu. Zaznali skrajnego ubóstwa, prześladowań, niektórzy otarli się o śmierć lub doświadczyli jej w najbliższej rodzinie. Nowe społeczeństwo było pełne sierot, wdów i wdowców, ludzi z poważnymi traumami i nieuleczonymi zranieniami duszy. Ta specyficzna grupa ludzi dzięki Bożej przychylności zdołała ożywić pustynie, wskrzesić język i stworzyć demokratyczne państwo. (str. 158)

Estera Wieja zaczyna od opowiedzenia swojej historii i tego jak trafiła do Izraela. Wprowadza w trudny świat kibucu, który miał być wzorem współżycia społecznego, niestety nie był to wzór godny naśladowania. Opisuje jak wrócił do użytku powszechnego język hebrajski oraz jak powstało państwo Izrael. Nie brakuje tu trudnych i bolesnych historii osób, które przeżyły Holokaust, dziennikarka spotkała się z nimi w stworzonym dla nich domu opieki. Poznajemy tu pierwsze postaci i ich trudne historie. Z niezwykłym ciepłem i lekkością przedstawia zwyczaje świąt Paschalnych – wspomina o tym jak brała udział w świętowaniu. Autorka zachwyciła mnie swoim stylem pisania – miałam wrażenie, że siedzę przy stole obok niej i razem bierzemy udział w tym żydowskim święcie.

Bardzo zaskoczyły i poruszyły mnie historie o tym, jak podzielony wewnętrznie może być naród ze względu na to do jakiej społeczności religijnej przynależy.

Tak więc nawet jeśli stoją razem w windzie, to nie znaczy, że będą się ze sobą przyjaźnić. A już na pewno nie pozwolą swoim dzieciom się w sobie zakochać. Możemy mieszkać na tej samej ulicy, nasze dzieci mogą się uczyć w tej samej szkole, ale jeśli nasz stopień religijności jest różny i bardzo dla nas ważny, nasze dzieci nie mogą liczyć na wspólną przyszłość. (str. 74)

Dziennikarka przytacza wiele ludzkich historii. Poznała osobiście wiele osób, o wielu słyszała i spisała ich losy w swojej książce. Wiele z nich może zaskakiwać (np. Gilad Szakit, który został uwięziony i wymieniono go za 1027 więźniów, z czego kilkaset odsiadywało w Izraelu karę dożywocia). Poznajemy też zwykłych obywateli z niezwykłymi losami, takimi o których nie usłyszymy w naszym środowisku. Płakałam przy opowieści o ośrodku terapeutycznym w Szilo dla dzieci dotkniętych terrorem. Z podziwem czytałam o tym, iż autorka mimo tego, że przeżyła alarm bombowy, nie bała się życia w tym miejscu. Nie pomija też tego jak żydzi z różnych stron świata stawali się obywatelami Izraela – ziemi, która miała zapewnić im normalność.

Mimo początkowej niechęci przeczytałam książkę z zapartym tchem. Będzie idealną lekturą dla osób, które interesują się historią Izraela, wraz z jego prawdziwym obliczem – opisanym z dziennikarską rzetelnością i kobiecą delikatnością. Ani jednego ani drugiego autorce tutaj nie zabrakło.

Dziękuję Wydawnictwo Koinonia oraz Autorce za wprowadzenie mnie w świat, który choć nieznany, to poruszył mnie do głębi.

Tytuł: „Ludzka twarz Izraela”
Autor: Estera Wieja
Wydawnictwo: Koinonia
Liczba stron: 176
Cena: 28,00 zł (na stronie Wydawnictwa w cenie 19,60 zł)


Ostatnie zdjęcie jest własnością Wydawnictwa

Link do książki na stronie Wydawnictwa TUTAJ

Opublikowano Recenzje | Otagowano , , , , | 9 komentarzy

Kolęda na Kaszubach

Pamiętam swoją pierwszą kolędę poza domem rodzinnym.

Mieszkałam wtedy w akademiku. Usłyszałam głośne pukanie (walenie!) do drzwi. Nie spodziewałam się nikogo, więc krzyknęłam „właź, czego tak walisz?”, myśląc, że to Zbyniu znowu ma gości i braki w prowiancie. Wszedł – niski, uśmiechnięty i nie był Zbyszkiem.
Zmroziło mnie, przede mną stał rozbawiony kapelan, który zapytał:
– Kolędę przyjmiesz?
– Prooooszę księdza, ale ja nawet świeczki nie mam. Ani krzyża, ani wody.
– A Ojcze nasz znasz? Wody święconej się nie boisz? – zapytał rozbawiony.
– Zapraszam – wydukałam czerwona i zmieszana jak nigdy.

Moje zaskoczenie i porozrzucane wszędzie książki w niczym nie przeszkadzały. Nie przeszkadzało to, że jestem nieuczesana, nieprzygotowana i jąkająca się (z zaskoczenia). Pomodliliśmy się razem, ksiądz wyciągnął swoje kropidło nie szczędząc ani mnie ani pokoju. To spotkanie będę pamiętać bardzo długo – rozmawialiśmy wtedy o bardzo trudnej dla mnie sytuacji. Tak po prostu, siedząc w stercie książek na podłodze.

Gdy wyszłam za mąż i zamieszkałam na Kaszubach nie miałam czasu zastanawiać się czy panują tu jakieś specjalne zwyczaje. Czy po księdza trzeba wyjść czy przyjdzie sam? Co ma leżeć na stole? W mieszkaniu mieliśmy jeszcze gołe posadzki, spaliśmy na dmuchanym materacu i wszędzie leżały kartony. Mieliśmy mały stolik, na którym przygotowaliśmy wszystko co było w naszym zasięgu. Na dzwonku do drzwi wisiała kartka z napisem „proszę pukać”, bo… dzwonka jeszcze nie było. Mieszkaliśmy tutaj dopiero niecały miesiąc. Ktoś zapukał i wszedł, bez „proszę” i zbędnych ceregieli. Zamurowało mnie! Znałam tego człowieka z liceum. Przemek? Wiedziałam, że poszedł do seminarium i tak…pracował w mojej nowej parafii! To była bardzo radosna wizyta, powtórzona też dwa lata później (choć już w innych warunkach wokół). Przemek (jak to ma w zwyczaju) nie bardzo się przejął moim zmieszaniem, gdy wparował do pokoju z naszym materacem i wielkim bałaganem twierdząc, że małżeńskie łoże też warto poświęcić (miałeś kiedyś ochotę udusić księdza? Ja właśnie wtedy miałam… 🙂 ).

Była też wizyta, gdy mój dwuletni synek widząc księdza zaczął wołać „mam, patrz Bambo!”. Była wtedy faza na bajkę o małym murzynku, a ksiądz cóż – ubrany był na czarno. Czy było mi wstyd? Nie. Ksiądz też pochwalił dziecko za spostrzegawczość. To była jedna z najfajniejszych wizyt w naszym domu. Rozmawialiśmy z księdzem o tym jakimi duchowościami żyjemy. On opowiadał o karmelitanach, my o jezuitach. Fajny czas wymiany doświadczeń.

Mam bardzo dobre doświadczenie tych wizyt. Dlaczego? Bo je lubię. Myślę, że to czuć, gdy witam radośnie w drzwiach księdza, który przecież nie wszędzie przyjmowany jest entuzjastycznie. Lubię się modlić z innymi w naszym domu – wdzięczna jestem naszym kapłanom, za to, że chce im się chodzić po osiedlu i pukać od drzwi do drzwi. Wdzięczna jestem za ich otwartość i to, że tolerują naszą bezpośredniość i otwierają się na nas tak samo mocno jak my na nich. Wdzięczna jestem im za to, że mają czas na to by usiąść i wysłuchać jak się mam i co czuję. Wdzięczna jestem za ich błogosławieństwo – mam nadzieję, że ono do nich wraca.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | 4 komentarze

Uwierz w siebie!

„Uwierz w siebie, jak wierzy w Ciebie Bóg” to książka, która nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia w pierwszym momencie. Obejrzałam okładkę, pomyślałam „tandetny poradnik” i odłożyłam na półkę. Biję się w pierś! Dawno nie pomyliłam się tak w osądzie czegokolwiek.

Książka wygląda niepozornie – prosta okładka (choć zdjęcie stóp baletnicy przyciąga wzrok), w środku przejrzysty podział na rozdziały. Pomyślałam, że to książka, którą można dorzucić do działu „przeciętne”.

Tym bardziej dotykało mnie każde kolejne zdanie. Gdy nie spodziewasz się już niczego dobrego, a tutaj pojawia się skarb, który wciąga coraz bardziej… Czytałaś kiedyś książkę z uśmiechem i łzami na zmianę? Otwierałaś usta ze zdziwienia widząc jak mogą ułożyć się ludzkie losy? Ta książka przyniosła mi masę niespodziewanych reakcji. Powaliła na łopatki dając kopa, łzy, refleksję. Wydawnictwo eSPe – przepraszam, nigdy już nie śmiem oceniać Waszych książek po okładce!

Lektura książki trafiła na okres między świąteczny. Pomyślałam, że to dobry czas na książkę, która ma wiele rozdziałów – wiedziałam, że często będę przerywać czytanie i odkładać ją na później. Okazało się to błogosławione w skutkach – miałam czas na to by „przetrawiać” treści. A materiału do rozważań nie brakowało…

Na tym polega działanie negatywnych myśli i przekonań: utrzymują nas w stanie przerażenia. Obawiacie się, że ktoś was zrani, zobaczy, zawstydzi lub uciszy, bo jesteście mniej warte niż cała reszta świata. Te myśli są bezlitosne. Nie spoczną, zanim nie znajdą najbardziej czułego miejsca: urody, uroku, inteligencji, seksualności czy odwagi. Kiedy krytyka trafia na podatny grunt, zapuszcza korzenie. Zanim się obejrzymy, już tkwimy w mackach ośmiornicy, która w dużej mierze nami steruje. Dziewczyny, mówiąc krótko i węzłowato: nie możemy pozwolić, żeby te myśli nami rządziły. Możemy odzyskać wiarę w siebie, którą nam skradziono. Możemy żyć inaczej.
(str. 30)

Zacytowane słowa są dla mnie kwintesencją tej pozycji. Autorka opisuje swoje życiowe zawirowania i drogę jaką musiała pokonać by stać się kobietą pełną życia i wiary w siebie.
Jej losy nie były łatwe – samotnie wychowywała dwóch małych synów, gdy niespodziewanie zmarł jej mąż. Lęk o życie swoje i dzieci zakorzenił się w niej tak mocno, że bardzo długo walczyła o odzyskanie równowagi.

Zaczyna niepozornie – od wspomnienia z czasu wczesnej szkoły podstawowej, gdy jej nauczycielką była pani Paskuda – kobieta, która zniszczyła w autorce pewność siebie i którą wprost nazywa prześladowcą z przeszłości. Mówi o tym jak ważne jest poznanie takich miejsc i ludzi, którzy odebrali nam pewność siebie. Nie po to by ponownie cierpieć, lecz odzyskać co nam odebrano. Jak? Warto sięgnąć do rad i zadań proponowanych przez Tricie (każdy rozdział kończy się zadaniem zatytułowanym „krok naprzód”). Kobieta wspomina również o tym, że warto znać swoją tożsamość, w niesamowity sposób mówi o tym by doceniać swoją urodę (napisała wzruszający list do Boga dziękując Mu za każdy aspekt swojej urody. Za każdy!). Proponuje czytelniczce również by usiadła przy stole dla bystrzaków, czyli dostrzegła swoją intelektualną wartość oraz nie pozwalała na to by rządzili nią krytycy. Niesamowicie poruszyła mnie tutaj jej opowieść o tym jak atakowano ją internetowym hejtem, zobaczyłam coś co mnie samej jest bardzo bliskie.

Dziewczyna, która wierzy w siebie, starannie sama dobiera tych, których słucha, i z pewnością nie pozwala rządzić krytykom. Nie każdy ma decydujący głos i z pewnością nie każdy ma miejsce przy stole.
(str. 83)

Dlaczego warto lubić swoje towarzystwo i bycie samemu nie oznacza samotności? Co autorka chowa do sekretnych pudełek? Nie powiem – dla mnie były to treści odkrywcze, polecam poszukiwania odpowiedzi na własną rękę…

Pisarka porusza również temat smutku, mówiąc o tym, by pozwalać sobie na niego na tyle, na ile jest potrzeba.

Dziewczyna, która wierzy w siebie, pozwala sobie na smutek tak długo, jak trzeba. Czuje to, co czuje, po prostu dlatego, że to właśnie czuje. Nieważne, czy to ma sens dla innych; to nie do nich należy objaśnianie ani naprawianie waszych uczuć. Znajdźcie w swym życiu ludzi, którzy naprawdę mają cierpliwość, zrozumienie i miejsce dla waszego smutku. Zaproście ich do stołu. Nawet jeśli to oznacza kolację tylko we dwoje. Wysiądźcie z karuzeli świata i dajcie sobie czas, żeby czuć. (str.107)

Szkoda, że nie przeczytałam tych słów półtora roku temu, gdy walił się mój świat. Dziś jestem inną kobietą, zrobiłabym tak jak radzi Tricia.

Przyjmuj każdy dar z otwartymi rękami, rozsiewaj wokół siebie życzliwość, wyznaczaj jasne granice, uwierz w siebie jako dobrą matkę (o tak! Tak bardzo mi tego potrzeba…), angażuj się i bądź obecna, nie reaguj gwałtownie i nie omijaj szansy dwukrotnie z rzędu. Odczuwaj nadzieję mimo lęku, znajdź miejsce na wdzięczność, zaszczepiaj wiarę w siebie u innych – bądź gotowa by żyć. Jak tego dokonać? Zacznij od lektury książki – być może poczujesz to co ja. Dziś bardziej niż przed lekturą wierzę w siebie, jestem otwarta na to co jeszcze może się zmienić i staram się żyć tak jakby chciał tego dla mnie Bóg – ten, który stworzył mnie cudownie, bez skazy. Zapraszam w tę podróż również Ciebie…

Wydawnictwo eSPe ma dla Was dwa egzemplarze książki. Zapraszam do konkursu! Dziękuję bardzo Wydawnictwu za egzemplarz recenzencki i egzemplarze konkursowe!

By wziąć w nim udział należy napisać w komentarzu pod tym postem (tylko tutaj!) czym dla Ciebie jest odwaga. Na odpowiedzi czekam do końca stycznia 2018.
Jedna książka powędruje do osoby, która najbardziej poruszy mnie swoją odpowiedzią. Drugą wyłonię w formie losowania – tak by moja subiektywna ocena nie zamykała nikomu szansy na wygraną. 🙂 Zapraszam!

Link do książki na stronie Wydawnictwa TUTAJ

Tytuł: „Uwierz w siebie, jak wierzy w Ciebie Bóg. Jak zyskać poczucie własnej wartości z pomocą Bożej łaski”
Autor: Tricia Lott Williford
Wydawnictwo: eSPe
Liczba stron: 237
Cena: 34,90 zł

 

 

Opublikowano Recenzje | Otagowano , , , | 14 komentarzy

Komfort czy życie?

Gdy mój syn ponownie wstał dziś o 4.20 pomyślałam, że albo będę marudzić kolejny dzień, albo zrobię coś konstruktywnego. Gdy zajął się swoimi autkami sięgnęłam po „Nasze Inspiracje” z myślą, że poczytam coś lekkiego przy porannym kubku kawy (wielkości wiadra! – dzięki Krysiu i Piotrku za trafiony prezent!).

No i sobie poczytałam… Nie no, czytałam – ale to wcale nie było lekkie. Dostałam pstryczek w nos. Wyjdź ze swojej strefy komfortu – krzyczało na mnie z czasopisma. Strony z artykułem wyglądają jak po tornadzie – pokreślone, popisane i tego wcale nie zrobiło moje dziecko, ale ja sama.

 

Marta Balon idealnie opisuje stan, z którego wielokrotnie nie chciało mi się wychodzić. Co mnie zatrzymywało? Z pewnością to o czym wspomina Autorka – lęk (przed porażką, popełnieniem błędów, przed nieznanym). Wiele razy w życiu rezygnowałam z rzeczy, o których marzyłam tylko (a może aż?) dlatego, że się bałam. Czasem przyczyną są lenistwo i egoizm – o czym Autorka również wspomina.

Co mnie najbardziej zatrzymuje? Gdzie jest moja strefa komfortu?

Mnie zatrzymuje głównie lęk – przed porażką i nieznanym. Wolę swoje ciasne, stare buty niż nowe i wygodne, po które trzeba wyjść do ludzi. Jak wiele dobra w życiu zmarnowałam wie tylko Bóg. Wiem o tym ja sama – choć pewnie nie zawsze.

Czytając wspomnienia Autorki o tym, jak musiała przełamać samą siebie by pójść na kurs prawa jazdy – pomyślałam o sobie. Był taki czas, gdy kilka lat nie siadałam za kierownicą – rządził mną lęk. Sytuacja zdrowotna mojego nowonarodzonego syna sprawiła, że musiałam wozić go do szpitala na częste kontrole. Zmusiła mnie sytuacja, ale wyjście z ciasnej i pozornie bezpiecznej sytuacji to był mój krok. Od tamtej pory wiele się zmieniło – za kierownicą czuję się świetnie, jadę gdzie oczy poniosą 🙂

Do dziś zdarzają się jakieś drobne ucieczki – szczególnie w relacji z drugim człowiekiem. Ostatnio, bojąc się pewnego spotkania powiedziałam ostro sama do siebie: bierz tę sytuację, którą masz. Przestań jęczeć. To było wspaniałe spotkanie, choć wymagało ode mnie wyjścia z ciepłego domu.

Chcę brać odpowiedzialność za wszystko co się dzieje w moim życiu. Za wszystko!

O to, że mam wiele niespełnionych marzeń mogę obwiniać tylko siebie. Tak, siebie! Czasem wystarczy mały krok by (jak mówi moja kochana bratowa) poleciała lawina.

Marta Balon świetnie opisała to w swoim tekście:

Czasami opuszczenie strefy komfortu jest na tyle trudne, że trzeba zacząć od drobnych kroków. Małe decyzje mają wielkie znaczenie. Jeśli będziemy regularnie wychodzić poza nasze poczucie wygody, to podobnie jak podczas ćwiczeń fizycznych, „rozciągniemy się” i przy każdej następnej sytuacji będzie nam coraz łatwiej.

Patrząc wstecz na moje życie widzę kilka małych kroków, które okazały się zmienić mój świat. Chcesz wiedzieć co to było?

W 2016 roku zmarł mój Teść. Zabrała go choroba nowotworowa. Pamiętam, gdy poprosił mnie bym ogoliła mu głowę (nie miał sił był dojść do fryzjera). Goliłam głowy moim chłopakom, więc w czym problem? Mój teść przyjmował chemioterapię – moje serce krwawiło, gdy przeczesywałam jego włosy i zostawały mi w dłoni. Wiedziałam jednak jakie to dla niego ważne. Wyszłam poza to, co dla mnie było miłe. Widziałam jego wdzięczność. Dziś zrobiłabym dla niego to samo.

W 2017 roku zamarzyło mi się by więcej pisać, by zadbać o swoją pasję. Trudnością było wyjście do szerszego grona z moimi tekstami. Dlaczego? Dopóki czytali mnie tylko przyjaciele, miałam same pochlebne opinie (lub ich brak). Teraz jestem wystawiona na ocenę innych. To dla mnie duży krok do przodu. Jeszcze czasem się boję. Choć małe kroki przyniosły dla mnie wielkie sukcesy (jak np. Twoja obecność tutaj, zaufanie wydawnictw, zauważenie przez ludzi, którzy są dla mnie autorytetem). Wystarczył mały krok, a ruszyła lawina (Ada, jesteś mistrzem matafor!).

Droga do sukcesu nie zawsze jest łatwa i przyjemna. Suma zysków czasem nie przekroczy strat. Ale czy nie warto założyć nowe buty i wyjść z ciepłego domu? Jaki dziś będzie Twój pierwszy krok?

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , | 13 komentarzy

„Mój przyjaciel Bóg”

Kim jest Bóg? Czy jest dobry, sprawiedliwy, czy można na Niego liczyć?

Takie pytania rodzą się czasem w sercu niejednej osoby – a co jeśli zadaje je dziecko?

Jak wytłumaczyć, że Bóg to nie jakaś abstrakcyjna bozia siedząca na chmurce, ale ktoś prawdziwy, kochający, ktoś kogo można nazwać swoim przyjacielem?

„Mój przyjaciel Bóg” to kolejna książeczka wydawnictwa PROMIC z serii pomocnych elfów. Piękne, kolorowe wydanie z pomysłowymi i dopasowanymi do tekstu obrazkami z życia małych stworów. Ilustracje są niesamowite! Urzekają mnie za każdym razem, gdy sięgam po którąś z książek z tej serii.

Nie to jednak uważam za główny atut publikacji. Autorka w bardzo przystępny sposób opowiada małemu odbiorcy o Bogu, który posiada wszystkie atrybuty przyjaźni. Swoją opowieść zaczyna od tego, czym charakteryzuje się prawdziwy przyjaciel. Zapewnia, że przy Stwórcy zawsze możemy być sobą – bez obaw, że umniejszy to nas w oczach Boga. Czy Bóg czuje szczęście, że może być obok mnie? Co robi, gdy się bawię? Jak z Nim rozmawiać? Czy jest ze mną, gdy jest mi źle i smutno? Jak odpowiada na moje prośby? Czy mogę Go usłyszeć albo jakoś Mu pomóc? Czym jest Msza Święta? Czy mi przebacza oraz co jeśli… się na Niego gniewam? Na wszystkie te pytania Autorka podaje prostą odpowiedź. Pomimo tego, że książeczka jest publikacją krótką (32 strony) zawiera w sobie wiele prawd, które podane są tak, iż niewiele można dopowiedzieć.

Czasem również my, dorośli, potrzebujemy usłyszeć, poczuć i zobaczyć jaki jest Bóg. Mnie osobiście bardzo porusza fragment:

Niekiedy Bóg może wydawać się nam odległy. Jeśli twój dziadek jest poważnie chory albo twojego kota potrąci samochód, może ci się zdawać, że Bóg jest gdzieś straszliwie daleko i nie dba o ciebie.
Możesz czuć się wówczas smutny bądź osamotniony. Możesz nawet złościć się na Boga. Ale nie martw się, to jest w porządku. To normalne, że czujemy złość, kiedy coś w życiu nie układa się po naszej myśli.
Nawet najmądrzejsi ludzie na świecie nie rozumieją, dlaczego czasami zdarzają się złe rzeczy. My jednak wiemy, że kiedy nam jest smutno, Bóg także się smuci. A kiedy najbardziej cierpimy, Bóg przytula nas najmocniej.

Polecam tę pozycję – oraz pozostałe z serii pomocnych elfów – jak dotąd nieustannie nas zachwycają. Zdjęcie poniżej jest własnością Wydawnictwa.

Dziękuję Wydawnictwu PROMIC za egzemplarz recenzencki!

Link do książki na stronie Wydawnictwa TUTAJ

Tytuł: „Mój przyjaciel Bóg”
Autor:
Lisa O. Engelhardt
Ilustracje: R.W. Alley
Wydawnictwo: PROMIC
Liczba stron: 32
Cena: 14,90 zł

Opublikowano Recenzje | Otagowano , , | Skomentuj

Nowy rok, stara ja!

Otóż to… Mamy rok 2018, a gdyby nie huk petard za oknem przespałabym ten moment, gdy kalendarz zmienił swe oblicze.

Nie dlatego, że jestem już stara – wszak mam 30 lat (no dobra, rocznikowo już 31). Zwyczajnie Sylwester przestał być dla mnie tak atrakcyjny by zarywać dla niego noc. Jako niedospany rodzic mam tych nocy w roku tyle, że dopadło mnie zniechęcenie.

Nowy rok nic we mnie nie zmienił. Widzę raczej, że postanowienia noworoczne to nie moja bajka. Nie potrafię przy nich trwać. Dużo bardziej motywują mnie rozmowy z mężem, dziećmi, przyjaciółmi czy spowiednikiem. Po tych rozmowach udało mi się wprowadzić jakieś zmiany – kalendarz nie zrobił tego za mnie.

Widzę jak łatwo poddać się zbiorowej euforii zmian i upaść z hukiem na pierwszym zakręcie. Czy to powód by się nie zmieniać? Ależ skąd! Wręcz przeciwnie.

Chciałabym by ten rok był dla mnie rokiem wdzięczności. Chcę w swoim kalendarzu, po zakończonym dniu wpisywać jedną rzecz, za którą jestem danego dnia najbardziej wdzięczna. Czy się szybko nie zniechęcę? Nie wiem…

Systematyczność pracy nad sobą jest ważna. Bez niej nie ma wielkich zmian, jeśli w ogóle są jakiekolwiek. Nie dawajmy się nabrać na to, że coś przyjdzie samo. Nie przyjdzie. Jeśli potrzebujesz zmiany – wprowadź ją. Może nie zdążysz do kolejnego Sylwestra, ale nie zmarnuj okazji ku temu by zacząć choćby małym krokiem. Nie będziesz żałować!

Czy chcę osiągnąć coś wielkiego w 2018 roku? TAK!

Chcę być bardziej cierpliwa i wdzięczna.

Chcę bardziej kochać.

Chcę nie patrzeć na lęk, ale na możliwości.

Chcę ŻYĆ.

Życzę Tobie i sobie takiego życia przez duże Ż.
Zdjęcie z kalendarza, który ma towarzyszyć mi w tym roku…

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , | 2 komentarze

Rok wdzięczności

Z końcem roku kalendarzowego zwykle przychodzi czas, gdy pojawiają się różnego rodzaju podsumowania, analizy, szukanie rozwiązań na kolejny rok.

Dziś nie analizuję. Nie chcę wchodzić w swoją przeszłość głębiej niż robiłam to do tej pory – szczególnie na modlitwie, która jest dla mnie m.in. momentem głębszej refleksji nad sobą.

Dziś zwyczajnie chcę podziękować… Chciałam spisać rzeczy, za które jestem wdzięczna Bogu i ludziom. Na razie są dwie strony – sądzę, że będzie więcej. 🙂

Uczę się wdzięczności. Jest trudna. Codzienność, w której jest dużo hałasu nie sprzyja głębszej refleksji nad tym, za co jestem wdzięczna. A powinna – bo ten hałas jest sam w sobie błogosławieństwem – gdyby nie ci, którzy go generują to moje życie byłoby strasznie smutne.

Po roku 2016, który był pełen lęku, bólu i straty – rok 2017 był czasem niesamowicie spokojnym. Moje wnętrze odpoczęło, nabrało sił i postanowiłam zacząć walczyć. O siebie, swoje marzenia, pragnienia. Chrześcijańska Mama napisała tekst, który bardzo mnie dotyka (zobacz TUTAJ). Jest tak bardzo o mnie. O tym jak chcę żyć. Chcę kopnąć swój lęk, który tak bardzo we mnie siedzi – przed pokazaniem siebie, relacjami, oceną innych. Nawet nie wiesz jak boję się hejtu, łatek, tego, że komuś może się coś nie spodobać. Też jestem tylko człowiekiem, tylko kobietą.

W ciągu ostatniego pół roku przeczytałam masę książek (co widać na blogu :)). Były dla mnie niesamowitym źródłem inspiracji i rozwoju. Dziękuję każdemu Wydawnictwu, które mi zaufało. Nie wiecie nawet jak to zaufanie podnosi moje poczucie wartości jako osoby, która potrafi coś ocenić i dobrze opisać. Zaczęłam wierzyć, że potrafię. Zaczęłam walczyć z lękiem i spełniać marzenia.

Pociągnęło to za sobą masę budujących rozmów i fajnych relacji. Ta, która cieszy mnie najbardziej to relacja z inną blogerką, Moniką. Ty, Monia wiesz… (niech to flaki kopną!)

Wiele jest osób, którym jestem wdzięczna za to że są. Mojemu Mężowi, Dzieciom, Przyjaciołom. Jest też ktoś kogo bardzo cenię i widzę jak wiele dobra wprowadza w moje życie przez swoją kapłańską posługę – Mateusz, dziękuję! Nie spodziewałam się, że jeszcze kiedyś tak zaufam…

Wdzięczność jest trudna. Wypiera to, co krzyczy – a zło i ból bywają zagłuszające. Również w moim życiu. Pozwalałam długo by rządził mną lęk, ale już dłużej nie chcę.

Jestem Jego Córką, jestem królową. Mogę iść z podniesionym czołem. Nawet, gdy przegrywam, mam szansę by się otrzepać i iść dalej. Nie jestem sama, nigdy.

Chcę być wdzięczna. Jak zacznę za dużo marudzić (a to jeden z moich nałogów), zwróć mi uwagę, że warto marzyć i walczyć o swoje pragnienia. Co raz bardziej, każdego dnia.

 

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Ranczo przemiany

Od kiedy pamiętam marzyłam o tym, by znaleźć się na amerykańskim ranczo, poczuć jego klimat, pożyć w małym amerykańskim miasteczku. Takie prawdziwe życie – z końmi, na farmie, w społeczności, która się zna i wspiera. Moje marzenie się spełniło! Dzięki książce „Z powrotem w siodle” miałam szansę trafić tam, gdzie tak bardzo pragnęłam.

Książka jak książka – można powiedzieć. Ta jednak napisana jest w taki sposób, iż miałam wrażenie, że jestem uczestniczką wydarzeń, że żyję na tej farmie razem z innymi. Opisy autorki sprawiały, że czułam się tak, jakbym tam była – czułam zapach, smak, dotyk.

Ruth Logan Herne, autorka tej powieści, mieszka wraz z mężem na farmie w północnej części stanu Nowy Jork. Czyż to nie tłumaczy fenomenu prawdziwości jej opowieści? Ruth jest autorką ponad 50 książek. „Z powrotem w siodle” to pierwsza część serii – jestem bardzo ciekawa następnych!

Powieść rozgrywa się głównie na ranczo rodziny Staffordów. Bohaterowie wracają jednak do swoich wspomnień, które rozgrywają się w szumie i bólu wielkich miast – bo to właśnie ból i zagubienie zostawili za sobą przed przybyciem na rozległe tereny Double S w stanie Waszyngton.

Pojawia się kilkoro bohaterów – Colt Stafford, wracający jako marnotrawny syn. Bohater pełen bólu i pretensji. Przechodzi na ranczo największą przemianę. Miałam przy tym wrażenie, że jest na te zmiany otwarty najbardziej z całej swej rodziny. Poznajemy również jego ojca, dwóch braci i siostrzenice. Niespodziewanie w jego życie wkrada się też gospodyni ojca – Angelinie Morales, a z czasem także jej syn i matka.

Colt wychowywał się na terenie rancza, po wyjeździe z rodzinnego domu nie utrzymywał jednak dobrego kontaktu z rodziną i znajomymi. To wszystko ma się jednak zmienić…

Wiele splotów wydarzeń – zabójstwo w odwecie, pożar kościoła, choroba ojca, dzieci wyciągnięte z ognia, upadek z konia, przedawkowanie narkotyków… To i wiele innych. Wszystko opisane tak, że czytelnik wie co się dzieje i o kim mowa. Jednocześnie pojawia się wybaczenie, miłość, wiara. Książka wciąga, inspiruje. Daje nadzieję w to, że nigdy nie jest za późno na powrót do domu – by uleczyć serce, relacje, wrócić do Boga.

Autorka stworzyła niezwykłe kreacje – bohaterowie barwni, każdy inny, każdy ze swoją historią życia. Poznając ich, wchodzimy do dużej rodziny z jeszcze większymi problemami. Mistrzowskie patrzenie w głąb ludzkiego serca przez pisarkę, wprowadza czytelnika w niezwykły świat wewnętrzny, z którego nie chce się wychodzić.

Książkę zdecydowanie polecam – osobom wierzącym oraz tym, którym do Boga daleko. Bohaterowie są szczerzy w swoich odczuciach, więc nie miałam wrażenia, iż autorka próbuje narzucić czytelnikowi jakiś punkt widzenia czy światopogląd.

Powieść, którą czyta się bardzo dobrze i szybko – polecam na długie wieczory!

Dziękuję Wydawnictwu Dreams za egzemplarz recenzencki!

Tytuł: „Z powrotem w siodle”
Autor:
Ruth Logan Herne
Wydawnictwo: Dreams
Liczba stron: 352
Cena: 37 zł

Link do książki na stronie Wydawcy TUTAJ

 

Chcesz wiedzieć o nowych wpisach na bieżąco? Zapraszam na mój funpage
Biegnąc pod wiatr

Opublikowano Recenzje | 4 komentarze

Żyć pomimo świąt…

Wspominałam na swoim facebooku, że jestem inna (niektórzy z Was już o tym wiedzieli od dawna…:)). Nie chciałam składać życzeń przed świętami i zasadniczo tego nie robiłam. Dlaczego?

Czas przedświąteczny wiązał się z masą odebranych smsów z życzeniami, większość mało osobistych, raczej w formie kopiuj-wklej. Moje serce krzyczało NIE!

Nie chcę życzeń, które nie są dla mnie…. Dlatego też sama nie wysyłałam ich do wszystkich możliwych osób ze skrzynki odbiorczej. Ci najważniejsi wiedzą czego im życzę, nie tylko od święta.

Dziś chciałabym życzyć Tobie i sobie – byśmy dążąc do idealności pozwolili sobie być jak ten nadgryziony pierniczek.
Nadal smaczny, choć nieidealny.
Nadal godny walki małego dziecka o to, by mama nie widziała,gdy poluję na resztę.

Pozwólmy być sobie małymi dziećmi, którzy marzą i walczą o to, co dla nich ważne. Pozwólmy sobie na radość z małych rzeczy.
Pozwólmy sobie na to, by rodził się w nas Jezus – każdego dnia, nie tylko w święta.

On tego chce – mimo naszej nieidealności.

 

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarze