Sakrament Miłości

Jako nastolatka miałam ogromny problem ze spowiedzią. Nie potrafiłam przyznać się do błędu, bardzo bałam się oceny, wielu rzeczy nie potrafiłam nazwać. Szukając dziury w całym, popadałam w skrupuły, a trzymając się sztywnych formuł czułam się coraz bardziej zamknięta w klatce własnych oczekiwań.

Po kilku latach, gdy trafiłam do duszpasterstwa akademickiego, pewne rzeczy zaczęły się zmieniać. Poznałam Kościół z innej strony – uśmiechniętej, pełnej radości i wierzącej w to, że Bóg kocha – nie tylko innych, ale również mnie.

Minęło kilka lat zanim zaczęłam poważnie traktować zaproszenia, które wysyłał mi Pan Bóg. Czułam, że wiele się we mnie zmienia, że przyszedł czas by  się przełamać i szukać stałego spowiednika, który pomógłby mi ogarnąć to co kulało. Popełniłam na tym polu wiele błędów i nazbierałam cały worek zranień. Dziś nie pytam ludzi, ale Boga – gdzie jest kapłan odpowiedni dla mnie? Choć brzmi to bardzo górnolotnie to patrząc na ostatnie 7 lat mojego życia – dostawałam bardzo konkretne odpowiedzi. Gdy szukałam spowiednika trzy lata temu, dużo się w tej intencji modliłam. Pewnej niedzieli spojrzałam na kapłana stojącego przy ołtarzu i poczułam, że to on. „Ha ha ha, bardzo śmieszne Panie Jezu!” – taka była moja pierwsza reakcja. Nie znałam go, nie wiedziałam jak do niego podejść by nie zostać potraktowaną jak niezrównoważona…. Taka wewnętrzna szamotanina trwała kilka tygodni. Gdy w końcu zdecydowałam się zapytać go o spowiedź – zachowywał się tak jakbyśmy znali się od dawna, a moja prośba nie była niczym niezwykłym. Po pierwszej, dziesiątej, piętnastej spowiedzi u tego kapłana wiedziałam, że to co usłyszałam wtedy na mszy było prawdziwe – relacja z tym księdzem daje mi niesamowitą wolność, a jednocześnie sprawia, że się rozwijam. Jak?

Przede wszystkim stały spowiednik motywuje mnie do tego by się do sakramentu przygotować porządnie. Wstyd przyjść i pokazać, że tak trochę wiem, a trochę nie wiem z czym przychodzę. To mnie mocno motywuje do tego by dbać o częsty rachunek sumienia…

Gdy patrzę na swoje życie staram się zadawać sobie trzy pytania:

  • jak wygląda moja relacja z najbliższymi – mężem, dziećmi itd?
  • jak wygląda moja relacja z Jezusem?
  • jak traktuję samą siebie?

Choć wydają się być bardzo ogólne i na pozór pokazujące niewiele – prowadzą mnie w modlitwie na głębokie rejony mojego serca.

Spowiedź jest dla mnie spotkaniem. Nie zawsze czuję się po niej jak ptak. Nigdy jednak nie wyszłam z niej przybita. Mój spowiednik pomaga mi spojrzeć szeroko na to wszystko co się wokół mnie dzieje – sama często nie widzę źródła swoich problemów, których rozwiązanie niejednokrotnie jest na wyciągnięcie ręki. Ten sakrament daje mi poczucie, że jestem kochana „pomimo”. Nie muszę być nieomylna by być ważna, akceptowana, chciana, piękna i dobra. Taką stworzył mnie Bóg i taką widzę siebie w momencie rozgrzeszenia.

Kiedyś bardzo wstydziłam się spowiadać u księży, którzy mnie znali. Dziś czuję zupełnie odwrotnie – mam wrażenie, że tylko przed kapłanem, z którym mam jakąś relację – którego znam i mu ufam – potrafię się otworzyć. W obecnej relacji doświadczam tego bardzo mocno. Potrafię przeskoczyć przez moje psychiczne opory, a mój wstyd mnie nie paraliżuje.

Ze spowiedzi nie korzystam regularnie – tzn. nie wyznaczam sobie terminu np. co miesiąc. Umawiam się na nią wtedy, gdy czuję taką potrzebę. Czasem co 3 tygodnie, a czasem co 8… Tak jak podpowiada mi moje sumienie.

Przez to, że spowiadam się siedząc naprzeciwko drugiego człowieka (a nie w konfesjonale) ważne jest dla mnie to bym czuła się bezpieczna i akceptowana przez księdza. Ważne jest jakim językiem do mnie mówi. Duże znaczenie ma jego wiek i podejście do tego, że czasem się spóźniam (mam wybitne szczęście do stania w korkach!). Od jakiegoś czasu walczyłam sama ze sobą by nie korzystać z gotowych formułek spowiedzi. Dlaczego? Bo chciałam by to spotkanie było moje, a nie zamknięte w sztywne ramy, które nie pomagały mi w niczym. Gdy rozmawiam z moim spowiednikiem, zaczynam od razu (po znaku krzyża) mówić z czym przyszłam. Daje mi to duże poczucie odpowiedzialności za to spotkanie i jestem wdzięczna mojemu jezuicie, że się na to zgadza – wszak nie każdemu kapłanowi to odpowiada.

Lubię spowiedź. Nie jest to dla mnie już droga przez mękę, ale miejsce wielkiego przytulenia mnie razem z moim brakiem. Jest czasem, gdy sacrum spotyka się z profanum. Jest miejscem, gdzie w 100% mogę być sobą i wiem, że nikt mnie za to nie odrzuci. Mogę poczuć się dzieckiem Tego, który ukochał mnie bez końca…

 

*zdjęcie z pixabay.com

Opublikowano Chwile z życia | Otagowano | 4 komentarze

Czułość ks. Jana Kaczkowskiego

Jakiś czas temu otrzymałam książkę „Sztuka czułości” autorstwa Joanny Podsadeckiej. Przeczytałam ją migiem, ale ciągle mam przed oczyma pewną drastyczną scenę… Ks. Jan Kaczkowski spotkał w Australii dwoje poranionych ludzi.

Poznałam ks. Jana w puckim hospicjum. Nie była to dla mnie łatwa wizyta – nie tylko dlatego, że mój (wtedy) 1,5 roczny synek biegał po całym domu i w końcu wpadł też na księdza. Ten ledwo utrzymał się na nogach, a ja krzyknęłam „Jasiu, stój!”. Na co ksiądz Jan odpowiedział z uśmiechem „stoję przecież”. Choć nie o tego Jasia mi chodziło, w tym miejscu czułam jedno – nadzieję, miłość i troskę. Emanowała z tego miejsca i z osoby ks. Jana.

Szukałam w internecie zdjęcia księdza. Znalazłam to – autorstwa Damiana Kramskiego – autor za to zdjęcie otrzymał nagrodę Grand Press Photo 2013 w kategorii LUDZIE. Cóż dodać – sztuka czułości w praktyce…

„Sztuka czułości” to nieco inna opowieść niż te dotąd wydane z osobą ks. Jana. Dlaczego? Mimo tego, iż przytaczanych jest tutaj wiele jego wypowiedzi (z poprzednich publikacji), są to przede wszystkim historie Marka i Barbary. Historie, które zmieniły swój bieg po tym jak na drodze tych ludzi stanął ks. Kaczkowski – dostrzegł ból i wiedział jak zamienić go w czułość – do Boga i samego siebie.

Korci mnie by opowiedzieć Wam te historie. O tym jak Barbarę skrzywdziła matka i pewien kapłan. Ale nie zrobię tego – warto byś poznał tę opowieści sam.

Barbara w bardzo szczery i bezpośredni sposób opowiada o swoich zranieniach, przeżyciach i o tym, co wydarzyło się między nią, a ks. Janem, gdy miała pomagać mu jako tłumacz. On zobaczył w niej ogrom cierpienia, mówił wprost, że poczeka aż ta zechce mu o tym opowiedzieć.

Czułam, że Jan zaakceptował mnie w pełni. Nawet moje osobiste wyrzuty. Mówiłam o tym, co mnie od lat tak uwiera, o barierze między mamą a mną, której nie mogę pokonać, o tym, że zaszłam w ciążę, bo chciałam wywrzeć presję na niej, a potem stało się coś, czego jej nie umiem darować. Wylewałam przed Janem wszystkie swoje wątpliwości, żale i złość, a on nie powiedział o mnie złego słowa. Nawet momentami przerzucał się z „pani Basi” na „Basieńkę”. Str.116

Opowieść Marka zaczyna się od słów:

Nie radziłem sobie po śmierci Joli. Wszystko mi ją przypominało. Być może poznałem Jana po to, by móc wrócić do życia. str.157

Marek opowiada swoją historię i to jak zaprosił ks. Kaczkowskiego do Australii by organizować mu cykl kazań żebraczych (jak to mawiał ks. Jan, zbierając fundusze na puckie hospicjum). Mówił o tym jak spędzali razem czas rozmawiając. Opowiada wprost, że ks. Jan uratował go przed więzieniem – gdy chciał zabić człowieka, który obraził jego zmarłą żonę.

Obecność księdza zmieniła ich życie, bardzo mocno i nieodwracalnie. Warto poznać te historie, sama trochę się w nich odnajduję. Te dwie opowieści przeplatane są wspomnieniami ks. Jana co nadaje tej publikacji wyrazisty charakter – można potraktować go jak wsparcie w sytuacjach granicznych. Wiem, że ks. Jan żył tak jak mówił – miałam okazję poczuć to w jego hospicjum.

Moja wdzięczność za spokojną i bezbolesną śmierć dla mojego dziadka jest tak wielka, że nie wyobrażam sobie by puckie hospicjum miało przestać istnieć. Ks. Jana już tam nie ma, ale zostawił po sobie coś, czego nie zastąpi nic – miłość i sztukę czułości w praktyce.

Tytuł: „Sztuka czułości”
Autor: Joanna Podsadecka
Wydawnictwo: WAM
Liczba stron: 208
Cena: 29,90 zł

Link do książki na stronie Wydawnictwa TUTAJ

Zapraszam również do krótkiego nagrania stworzonego przez Wydawnictwo WAM.

 

Opublikowano Recenzje | Otagowano , , , | 3 komentarze

„Przysięga miłości”

„Przysięga miłości” Susan Anne Mason to trzecia część serii Mieć odwagę,by marzyć, której wcześniej nie miałam okazji poznać – a szkoda. Czytając opis Wydawcy stwierdziłam, że jest to historia, która świetnie odpręży, da chwilę wytchnienia i pomoże przenieść się w trochę obcy świat.

Dwie poprzednie części noszą tytuł „Irlandzkie łąki” oraz „Szlachetne serce”. Jeśli zaczniesz lekturę podobnie jak ja – nie szkodzi. Każdy tom to odrębna historia.

(fot. Wydawnictwo Dreams)

Ze strony Wydawnictwa Dreams dowiadujemy się, iż Susan Anne Mason opisuje swój styl literacki jako romanse okraszone wiarą – to określenie idealnie pasuje do „Przysięgi miłości”. Autorka lubi poruszać tematy przebaczenia i odkupienia, które pojawiają się w powieści często w niespodziewanych momentach – tworząc fabułę w taki sposób, że szybko chciałam wiedzieć co wydarzy się dalej…

„Przysięga miłości” to z pozoru błaha opowieść o dwojgu zranionych ludzi, których łączy niespodziewane uczucie. Historia rozpoczyna się w 1922 roku. Ona, Deirdre O’Leary – pielęgniarka i studentka medycyny, która żyje w poczuciu odrzucenia po stracie narzeczonego. On, doktor Matthew Clayborne, wdowiec i samotny ojciec chorującej czterolatki, która dodatkowo przeżywa poważne problemy po śmierci matki. Łączy ich troska – Deirdre szuka lekarza dla matki, Matthew zgadza się nią zająć by móc zapewnić córce środowisko, które ma pomóc jej w wyjściu z choroby. Nikt nie spodziewa się jednak, że chorująca na płuca dziewczyna zostanie uzdrowiona głównie emocjonalnie. I wydarzy się niejeden cud przemiany w patrzeniu na siebie i innych.

Lektura jest bardzo wciągająca. Pojawianie się kolejnych bohaterów wraz z ich problemami i troskami budzi pewne refleksje o zaufanie Bogu i drugiemu człowiekowi. Historia Matthew pokazuje także, że nie można uchronić własnego dziecka przed każdym zranieniem i nieszczęściem. Poznając rodzeństwo Deirdre wchodzimy w wiele różnych płaszczyzn w rozumieniu drugiego człowieka, jego potrzeb, zranień i pragnień. Dlaczego jeden z braci czuje się źle traktowany przez ojca? Co wydarzy się, gdy postanawia ożenić się z kobietą z niższej grupy społecznej? Skąd w niani małej Phoebe tyle zgorzknienia i trzymania dziecka jak w klatce? Dlaczego teściowie doktora Matthew chcą przejąć prawa do opieki nad wnuczką? Co dokładnie stało się z matką dziewczynki i dlaczego obwiniają za jej śmierć swojego zięcia?

Książka napisana wręcz idealnie. Jej główną wadą jest tylko to, że szybko się skończyła mimo 432 stron drobnego tekstu. Mnie wciągnęła, nie byłam w stanie odłożyć jej na długo. Mimo, że pojawiało się wiele wątków i różnych postaci – łatwo się w tym odnajdywałam. Bardzo subtelne odniesienia do Boga dodały powieści kolorytu i autentyczności. Czy polecam? Zdecydowanie! Lektura idealna nie tylko dla kobiet!

Dziękuję Wydawnictwu Dreams za zabranie mnie w obcy rejon, który stał się mój bardziej niż się początkowo spodziewałam.

Tytuł: „Przysięga miłości”
Autor: Susan Anne Mason
Wydawnictwo: Dreams
Liczba stron: 432
Cena: 39 zł

Książka na stronie Wydawnictwa TUTAJ

Opublikowano Recenzje | Otagowano , , , | 2 komentarze

Babska przyjaźń po ślubie

(pixabay.com)

„Która relacja jest dla ciebie najważniejsza? Komu ślubowałaś?” – pytania, które kiedyś postawił mi przyjaciel wracają do mnie co jakiś czas. Najważniejszy jest mąż. Jemu ślubowałam wierność, to że nie opuszczę i że będą go kochać nawet wbrew swoim uczuciom. Nie ślubowałam tego dzieciom, rodzicom, rodzeństwu ani przyjaciołom. Tylko jemu oddałam się na wyłączność.

Czy przyjaźń po ślubie jest dobra?

Jak najbardziej! Zamykanie siebie i małżonka w hermetycznym świecie samozachwytu jest niebezpieczne. Warto przewietrzyć swoje patrzenie, swoje myśli wśród ludzi. Kochając jego, kocham też innych – choć to zupełnie inna miłość.

Czy babska przyjaźń jest potrzebna?

Niezbędna! Każda z nas, kobiet, potrzebuje się czasem wygadać. Czasem chce nam się płakać, że okres przyszedł, a miały być dwie kreski na teście. Płaczemy, że szef nie rozumie i że dziecko nie słucha. Kto zrozumie cię tak jak przyjaciółka? Nie mówię, że nie warto rozmawiać z mężem – wręcz przeciwnie. Ale kobieta kobiecie wsparciem. Bez dwóch zdań!

Kiedy taka przyjaźń jest zła?

Zła przyjaźń wydaje się być sprzecznością, czyż nie? Gdy na twojej drodze pojawi się wampir emocjonalny – to nie przyjaźń, uciekaj! Gdy przyjaciółka staje się ważniejsza niż mąż – zastanów się komu ślubowałaś! Kiedy spotykasz się z nią by pogadać, bo z mężem ci się nie chce – jest źle.

Są jakieś zasady takiej przyjaźni?

Ja wyznaję dwie – nigdy nie mów źle o swoim mężu i zachowuj dla siebie to co powinno zostać między małżonkami. To nie oznacza, że nie możesz się wygadać czy poradzić, gdy jesteście w konflikcie. Pamiętaj jednak, że to między małżonkami relacja powinna być najważniejsza.

Druga – czas z mężem jest ważniejszy niż z przyjaciółką. Nie oznacza to by z nikim się nie spotykać – wręcz przeciwnie. Stając jednak przed wyborem – mąż, a ona – wybierz męża. Przyjaciółka poczeka. A relacja z mężem może już nie wrócić do stanu sprzed odrzucenia.

Moje drogie Przyjaciółki – jesteście mi szczęściem i radością. Dziękuję Wam za to, że jesteście ze mną bez względu na wszystko! Jesteście, gdy się cieszę i gdy płaczę. Bez Was moje życie byłoby jak paleta bez barw!

Tekst powstał z okazji „Międzynarodowego Tygodnia Małżeństwa” w internecie.  Zainspirowana przez MOCEM planuję dorzucić swoją cegiełkę do akcji!

Przydatne linki:

  • Tydzień Małżeństwa w Polsce: www.tydzienmalzenstwa.pl
  • wydarzenie na Facebook’u z bieżącymi wpisami wszystkich uczestników akcji Tydzień Małżeństwa: FB
Opublikowano Chwile z życia | Otagowano | 2 komentarze

Mądra mama?

Wiele ról obierałam już w życiu. Przełomem było małżeństwo i uczenie się bycia z drugim w codzienności. To jednak był tylko przedsmak tego co życie dało mi później. Jedną z najmocniejszych i najtrudniejszych ról w moim życiu to… bycie mamą.

Mamą nie zostaje się w dniu porodu. Jest się nią wcześniej, a życie ciągle weryfikuje czy macierzyństwo to pole, na którym sieje ból czy błogosławieństwo. Nikt nie uczy bycia mamą, a szkoda. Na rynku wydawniczym też niewiele jest wartościowych lektur, które dałyby światło na długo i w takiej formie, która daje poczucie sensu i spełnienia.

Wydawnictwo Koinonia – książki, które zmieniają życie. Tak, zdecydowanie mogę podpisać się pod tym określeniem po lekturach kilku książek, które wyszły spod ich skrzydeł.

Rzadko zdarza mi się mieć opór przed jakąś lekturą. W tym przypadku tak właśnie było… Ostatnio miałam jednak dobrą rozmowę, po której odważyłam się na pewną konfrontację.

Alina Wieja napisała bardzo cenną pozycję „Być mądrą mamą”. Czytając początek trochę się irytowałam. Miałam wrażenie, że ode mnie – jako matki ciągle się czegoś wymaga. A Autorka stawia trudne tezy – bez kompromisu i owijania w bawełnę. Szczerze? Pomyślałam, że skoro sama jest matką, mogłaby mieć więcej litości. Moje emocje jednak pokazały mi coś jeszcze. MAM PROBLEM. To nie te tezy są błędne, ale moje nastawienie.

Niestety obecnie coraz więcej kobiet, młodych matek, nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo wpływają na życie emocjonalne, duchowe i fizyczne swoich dzieci. Najczęściej albo powielają błędy poprzednich pokoleń, albo eksperymentują na własną rękę. Nie rozumieją, że pewne zaniedbania przynoszą nieodwracalne skutki, które tylko Boża ingerencja na miarę cudu może zmienić. Być mądrą i dobrą mamą jest szczególnym powołaniem kobiety, której darowane są dzieci! Jednak tego, by być mądrą matką, trzeba się po prostu uczyć na każdym etapie życia dziecka. (str.25)

Książka składa się z dwóch części

  • Zrozumieć swoją rolę w życiu dzieci
  • Wołanie z serca każdego dziecka

    Na mnie ogromne wrażenie wywarło również zakończenie Blisko Bożego serca.

Alina Wieja to redaktor naczelna kwartalnika „Nasze Inspiracje”, autorka wielu artykułów i książek. Jest dyrektorem Instytutu Poradnictwa Chrześcijańskiego ChFŻiM, osobiście żona i matka dwojga dorosłych dzieci. Prowadzi szkolenia na temat zdrowego stylu życia, budowania silnej rodziny, relacji z Bogiem i ludźmi. Można więc bez wątpienia stwierdzić, że wie o czym mówi, bo tym żyje. Takie odczucie miałam również czytając kolejne rozdziały „Być mądrą mamą”.

W książce poruszonych zostało bardzo wiele zagadnień. Z mojego egzemplarza wystaje masa zakładek, notes zapełniony jest notatkami… Czeka mnie teraz długa wędrówka by treści (narazie tylko przeczytane) wcielić w życie.

Alina Wieja bardzo często i wyraźnie nakreśla sens i moc Bożego prowadzenia w życiu każdego człowieka, w tym również matki. Wprost pisze o tym, że mądrość pochodzi ze Słowa i to z niego czerpie siłę. To Boga pyta co robić…

Bardzo dokładnie opisuje rolę matki w kolejnych etapach życia dziecka i mówi o tym w jaki sposób zapuścić w dziecku korzenie wiary i miłości. Do czego je inspirować i jak nie stwarzać w nim obaw o posiadane umiejętności, ale wzmacniać to co dobre?

Autorka przedstawiła charakterystykę sześciu typów matek:

  • emocjonalnie nieobecna
  • kontrolująca/nadopiekuńcza
  • wymagająca
  • autorytarna i narzekająca
  • żyjąca w roli strażnika i zarządcy
  • niekonsekwentna i nieprzewidywalna.

Trudne te określenia, prawda? Wiele z nas, matek mogłoby znaleźć w tej charakterystyce kawałek siebie… Kończy jednak czymś co pobudziło moje serce ku większej miłości…

Dzieci pragną mamy, w obecności której czują się w pełni bezpiecznie. Która je kocha i lubi, a tym kształtuje poczucie ich wartości, jednak bez pychy i arogancji. Która jest dobrym doradcą, naucza je, ale inaczej niż nauczyciel w szkole. (…) Dziecko pragnie, by mama mu ufała. (…) Chce się czuć bezwarunkowo kochane przez mamę (…). str. 79

To tylko niewielki fragment opisu prawdziwie mądrej mamy…

Autorka nie zostawia jednak matki z listą wymagań. Wskazuje na rolę odpoczynku i uleczenia własnych zranień z dzieciństwa. Pyta o priorytety – o to, która relacja jest w życiu najważniejsza i dlaczego?

Bardzo wymowna była dla mnie druga część książki – kochać prawdziwie i mądrze; uwierzyć, że prawda jest tylko w tym co mówi Bóg; nauczać szacunku i otwartości w relacji przez własny przykład; pokazywać czym jest wdzięczność i na czym polega oszczędzanie; empatycznie słuchać i przyglądać się wypowiadanym słowom; wyznaczać mądre granice i nauczyć okazywania emocji; przebaczać, a nade wszystko modlić się za dziecko i współpracować z Bogiem. I nie były to puste słowa! Autorka przeplatała je swoimi doświadczeniami i historiami osób, które spotkała.

Czy polecam tę lekturę? Zdecydowanie tak! Nie jest literaturą do poduszki. Nie daje łatwych rozwiązań. Mnie osobiście zmusza do głębszej refleksji i reformy na wielu płaszczyznach. Jedno jest jednak pewne – nie chcę już być taką samą mamą jaką byłam zanim sięgnęłam po tę książki.

Wydawnictwo Koinonia ma dla Was trzy egzemplarze tej książki. Zapraszam do konkursu TUTAJ!

Dziękuję bardzo Wydawnictwu Koinonia za egzemplarz recenzencki i egzemplarze konkursowe!

Tytuł: „Być mądrą mamą”
Autor: Alina Wieja
Wydawnictwo: Koinonia
Liczba stron: 208
Cena: 25,00 zł

Wszystkie zdjęcia są własnością Wydawnictwa Koinonia.

Książka na stronie Wydawcy TUTAJ

Opublikowano Recenzje | Otagowano , , | Skomentuj

Dlaczego małżeństwo daje poczucie bezpieczeństwa?

Kiedy pięć lat temu wychodziłam za mąż niewiele wiedziałam o byciu żoną, bo i skąd? Wiele małżeństw wokół mnie się rozpadało. Sprawiało to, że nie wiedziałam co musi się stać by doświadczyć prawdziwej miłości. Poślubiłam przyjaciela, mężczyznę, który jest moją obroną i wsparciem. Mężczyznę, który jest wierny swoim zasadom i dla którego wierność ma ogromne znaczenie. Czuję się bezpiecznie wiedząc, że nie jestem kobietą na chwilę, na jakiś czas – jestem dla niego na zawsze. Spotkałam mężczyznę, w którego oczach widzę Boga – to dla mnie wystarczający powód by wiedzieć, że to ten, któremu mogę się oddać i powierzyć.

Nie potrafię znaleźć sobie miejsca. Jest już wieczór, dzieci śpią, a sen nadal nie nadchodzi. Nie ma go, wyjechał. Puste łóżko i brak ramion, w które można się wtulić. Nie mogę spać. Zanim wyszłam za mąż miałam duże problemy z bezsennością. Teraz czułe ramiona męża sprawiają, że się wyciszam i zasypiam. Może nie od razu, ale gdy ogarnie mnie ciepło i pewność, że on jest blisko – wiem, że mogę być spokojna. Wiem, że jestem bezpieczna.

Gdy wjeżdżaliśmy kolejką na szczyt wiatr był tak mocny, że musieliśmy ciągle zwalniać by nie uderzyć w słup. Bałam się strasznie. Lęk wysokości, ten wiatr i straszne kołysanie. Mąż złapał mnie za rękę, poczułam ciepło i spokój. Później, gdy już schodziliśmy, trzymał mnie, gdy było stromo. Lęk ustąpił miejsca zachwytowi.

Kiedy zachorował nasz malutki synek, z mężem czułam się pewniej w starciu z systemem, który bezlitośnie zdzierał ze mnie poczucie bezpieczeństwa. Wróciliśmy do domu z przekonaniem, że jesteśmy w dobrych rękach.

Gdy był ze mną na sali porodowej – wiedziałam, że będzie dobrze. Czułam, że zadba o wszystko. I było dobrze.

Gdy walczyliśmy z bólem po stracie ukochanej osoby – wiedzieliśmy, że nie musimy skrywać łez i wzruszenia. Przytulenie było czymś naturalnym.

Kiedy przyjaciel staje się mężem, życie staje się jak ogród. Możesz go podziwiać, trzymając go za rękę. Możesz pozwolić się poprowadzić tam gdzie on proponuje. Możesz zaufać, bo wiesz, że nigdzie nie będzie tak pięknie jak w jego ramionach…

Tekst powstał z okazji „Międzynarodowego Tygodnia Małżeństwa” w internecie.  Zainspirowana przez MOCEM planuję dorzucić swoją cegiełkę do akcji!

Przydatne linki:

  • Tydzień Małżeństwa w Polsce: www.tydzienmalzenstwa.pl
  • wydarzenie na Facebook’u z bieżącymi wpisami wszystkich uczestników akcji Tydzień Małżeństwa: FB
Opublikowano Chwile z życia | Otagowano | 1 komentarz

Wielkopostne wyzwanie #podarujSłowo

Moi Drodzy,

ekipa Maluczko zaprasza do akcji wielkopostnej #podarujSłowo.

O co chodzi? 🙂

Więcej znajdziesz TUTAJ

W ramach akcji nagrałam krótki filmik o moim doświadczeniu Pisma Świętego. Zapraszam do obejrzenia – i proszę o łaskawość – to mój debiut! I to z przeziębieniem 🙂

Ze względu na to, że mam problem z dodaniem go na bloga – zapraszam TUTAJ! 🙂

 

Dołączysz do akcji? Zapraszam!

Opublikowano Chwile z życia | Otagowano , | Skomentuj

Poszukując wolności

Będąc matką staram się wychowywać moich synów tak, by w życiu się nie pogubili. Historia, którą poznałam pokazuje jednak, że to czasem zbyt mało by uchronić własne dziecko. Zbyt mało, bo nasze wysiłki kończą się tam, gdzie zaczyna wolna wola – wolność dziecka.

„Dziewczyna z piosenki” to autobiograficzna opowieść Chrissy Cymbala Toledo. Jako córka pastora i dyrygentki pracującej wraz z mężem wiodła spokojne, szczęśliwe życie. Widziała wiele ludzkiego bólu, z którym stykał się jej ojciec. Mimo to sama żyła w spokojnym, bezpiecznym domu otoczona troską i miłością.

Bohaterka opowiada o swoim życiu od najmłodszych lat i pokazuje jak wraz z okresem dojrzewania zaczęła coraz bardziej zajmować się modą, przesadnie dbać o swój wygląd i nienaganny wizerunek – wszystko po to, by się podobać innym.

Gdy przebywałam w towarzystwie przyjaciół – chciałam wypaść jak najlepiej. Musiałam także być przygotowana, by idealnie się prezentować, gdybym czasem poczuła na sobie spojrzenie jakiegoś chłopaka. A jednak wewnętrzny głos nieustannie zadręczał mnie krytyką, szepcząc: „Mogłoby być jeszcze lepiej”. (str.70)

Z czasem dziewczyna poznaje Jaye’a, który staje się jej miłością, obsesją, kochankiem. Dla niego utożsamia się z kobietą z piosenki, którą ten uwielbia. Porzucając wszelkie ideały i zaprzeczając dotychczasowym wartościom zatraca się coraz bardziej. Dochodzi do tego, że okłamuje i okrada niczemu nieświadomych rodziców. Uzależnia się od akceptacji i zainteresowania chłopaka, który ciągnie ją w dół. Co musi się stać by wróciła do rodziny, która zmuszona była zerwać z nią kontakt? Czy dziecko stanie się kartą przetargową w relacji z chłopakiem i rodzicami?

Chrissy straciła wszystko. Kilkakrotnie myślała o samobójstwie. Została jej tylko mała córeczka i Bóg. To On wyciąga ją z tego co sama zniszczyła. Jak? Co działo się z nią później? Czy odzyskała zaufanie rodziny, wiarę i poczucie samoakceptacji? Zapraszam do lektury!

Historia Chrissy przypomniała mi losy bliskiej mi kobiety. Momentami czytałam książkę z ciężkim sercem – jak można popełniać błąd za błędem i niszczyć tak wspaniałe relacje? Kolejne stopnie staczania się bohaterki poruszały mocno moje serce – musiała przejść przez życiowe piekło, by dostrzec jak wiele straciła i jak bardzo jest kochana.

Ta opowieść uderzyła mnie też jednym – siłą modlitwy! Z przejęciem czytałam o tym jak pastor modlił się ze łzami o powrót córki. Z bólem patrzyłam na matkę dziewczyny, która musiała się od niej odciąć by móc jej pomóc. Ze wzruszeniem poznałam historię tego, jak mocno Bóg wkraczał w jej życie i prostował to co wydawało się nie do naprawienia.

Książkę polecam wszystkim tym, którzy nie potrafią się modlić i odnaleźć drogi w życiu. Wszystkim tym, którzy w jakiś sposób czują się zagubieni. Historia ta mocno odwołuje się do wiary – mimo to polecam ją również osobom, które od Boga są oddalone – choćby po to by zobaczyć jak bardzo przewrotne bywa ludzkie serce, czego mocno dowodzi ta historia.

Dziękuję Wydawnictwu Dreams za wędrówkę w serce Chrissy – zostanie ona we mnie na długo.

Tytuł: „Dziewczyna z piosenki”
Autor: Chrissy Cymbala Toledo
Wydawnictwo: Dreams
Liczba stron: 288
Cena: 39,90 zł

Link do książki na stronie Wydawnictwa TUTAJ

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Spotkać siebie?

Słuchając dzisiejszego Ewangeliarza OP (tutaj) pomyślałam: skąd ja to znam?

Tak wiele razy czułam się dotknięta Bożą miłością. Tak wiele razy jak szybko przyszło, tak szybko minęło. Dlaczego? Bo zabrakło relacji…

Przez półtora roku zakopywałam swój ból i poczucie straty. Tak wiele osób wokół mnie również przeżywało żałobę – zajmowałam się nimi, zapominając o sobie. Przyszedł taki moment, że zostałam sama na weekend – mimo, że było wokół mnie wiele innych kobiet. Cały dzień wracało do mnie poczucie osamotnienia i straty. Tak bardzo uświadomiłam sobie, że się z nim jeszcze nie pożegnałam – mimo, że umarł kilkanaście miesięcy temu.

Przyszedł czas na wieczorną Adorację, na którą nie miałam najmniejszej ochoty. Czułam się zmęczona i wypompowana. Sądziłam, że wypłakałam już wszystko. Siedząc przed Nim przyszło do mnie pewne wspomnienie. Było to moje ostatnie spotkanie z ukochanym Teściem. Wiedziałam, że widzimy się ostatni raz. Pamiętam jak uścisnął mi dłoń, a ja mu ją wyrwałam. Nie potrafiłam się z nim pożegnać.

I właśnie wtedy, na wieczornej Adoracji Jezus cicho powiedział „dziewczynko, mówię ci wstań!”. Nie był to krzyk, ani rozkaz. To była cicha i czuła prośba. To była troska o moje serce – pełna miłości i troski. Powiedział też „czas się pożegnać Rybko”. Tak często zwracał się do mnie on – mój najwspanialszy Teść, z którym tak bardzo uwielbiałam napić się mocnej kawy. Z którym uwielbiałam posiedzieć w ciszy i popatrzeć na bawiące się dzieci. Cieszyliśmy się sobą, tak zwyczajnie. Przyszedł czas na pożegnanie. Nie byłam w stanie zatrzymać łez. Tak bardzo chciałam by ktoś mnie wtedy mocno przytulił, by był obok.

Ale byłam wtedy tylko ja i On.

Pozwoliłam się Mu przytulić, moje ciało owładnął szloch, a wraz z nim wypływał ze mnie cały ból. Choć wiedziałam, że to dopiero początek, czułam też, że dokonał się we mnie przełom.

Dziś widzę jak często zaniedbuję siebie kosztem innych. Czasem trzeba stanąć z boku i przytulić to co we mnie potrzebuje czułości. Na to potrzeba czasu – tylko z sobą, z Bogiem.

Widzę jak ważne jest by brać, aby móc dawać. Widzę jak ważna jest relacja z Tym, który kocha najbardziej. Gdy zaniedbuję modlitwę, zaniedbuję siebie. Przed Nim mogę być sobą, zawsze. Przed Nim nic nie muszę udawać i ukrywać. On jest czułością i spełnieniem. Wystarczy wyciągnąć do Niego dłoń.

Moją drugą inspiracją ostatnich dni jest nagranie o.Grzegorza Gintera SJ. Jeśli masz chwilę – posłuchaj!

 

Opublikowano Chwile z życia | Otagowano , , | 1 komentarz

Mongolia konno

„Mongolskie historie wilczym pazurem pisane” to niesamowity zestaw wciągających opowieści Pawła Serafina o jego podbojach środkowowschodniej Azji. Zastanawiasz się gdzie dokładnie leży Mongolia? Przyznaję – sama się zastanawiałam. Z pomocą przyszły mapy google!

Paweł Serafin twierdzi, że pisarzem nie jest – nie odbiera mu to jednak umiejętności. Bardzo dobrze i przyjemnie czytało mi się wspomnienia z podróży autora i jego kompanów. Przemek, zwany Bawgaj (Mały Niedźwiedź), Damian – Jama (Brodata Koza) i autor Czon (Łysy Wilk). Poznajemy ich na kartkach książki. Do tej ekipy dołączają mniej lub bardziej osobliwi przewodnicy mongolscy. Autor opisuje ich z niesamowitym kunsztem.

Paweł Serafin to z zamiłowania podróżnik, widać to na kartach książki. Mongolia nie jest jedynym miejscem, które podbijał – Mongolia, Indie, Bangladesz, Kirgistan, Ukraina – te państwa wyczytać można z okładki publikacji.

Sama publikacja zachwyca w pierwszym kontakcie – twarda, przyciągająca wzrok okładka, masa zdjęć w środku i bardzo przyjemny śliski papier. Czego chcieć więcej. Tak! Porządnego tekstu. I to bez wątpienia dał Czon.

Coś co niezmiennie zachwycało mnie w tych opowieściach to szacunek. Czytając opisy autora miałam nieodparte wrażenie, że potrafił zobaczyć wiele i wejść w mongolską mentalność dlatego, że nie czuł się lepszy od tych, którzy często żyją w prymitywnych warunkach. Niejednokrotnie pisał też wprost o ignorancji zachodnich turystów czy osób niosących pomoc humanitarną. Z dużą dawką humoru opowiadał o mongolskiej prowizorce.

Zepsuł się samochód po drodze – to nic, wszyscy się śmieją, nikt nie płacze, nikt nie przeklina. Z uśmiechem wchodzą pod auto, rozkręcają pół silnika i już jest o czym rozmawiać, coś się dzieje. (…) Mogę powiedzieć, że nauczyłem się tak samo podchodzić do życia: co ma być, to będzie. (…) Niech się nie zmieniają. Niech nie dążą do doskonałości ani nie obierają kierunku, w którym zmierza ten zwariowany świat. Mongolia niech pozostanie Mongolią. (str. 12)

Podróżnicy przemierzali Mongolię głównie konno – na okładce widnieje imponujący napis „4000 km w siodle po bezdrożach dzikiej tajgi”. Rzeczywiście wiele z przygód odbywa się podczas podróży konnej. O samych mongolskich zwierzętach możemy się również dowiedzieć bardzo wiele. Konie kochane przez Mongołów i psy, o które nikt nie dba. Pojawiają się również renifery i masa wędkarskich przygód. Opisy fantastyczne, realistyczne, a ich dopełnienie to piękne fotografie, na które można patrzeć bez końca.

Mongolska tajga to nie lasek na skraju miasta, gdzie wybierasz się na randkę z dziewczyną. Prawdziwa mongolska tajga to przede wszystkim bagna i tysiące powalonych drzew z omszałymi skałami i śliskimi gałęziami dokoła. Wszędzie gąbczasta ściółka, ostre krzaki i różnego rodzaju pułapki, na każdym kroku niespodzianki w postaci dołów, strumyków i oczek wodnych, a jeśli dodać do tego fakt, że teren jest górzysty, wszystko to czyni ten obszar krainą niedostępną, wyjątkowo niebezpieczną, a jednocześnie niesłychanie piękną i niepowtarzalną. Trzeba mieć naprawdę nie po kolei w głowie, żeby się tam zapuszczać, i to jeszcze na koniach! (str. 32)

Autor opowiada bardzo wiele o spotkaniach z mongolską społecznością. Naród spokojny, który nigdy nie krzyczy na dzieci? Bo i po co, skoro te są bardzo spokojne. Z zadziwieniem czytałam o dzieciach, które bawiły się tym co znalazły, np. patykami. Nie dociera tam zachodnia cywilizacja zabijająca relacje i radość z małych rzeczy. Gościnność i otwartość, pomoc nieznajomym – słowem człowiek na pierwszym miejscu.

Któregoś razu rozbiliśmy obóz około pół kilometra od nieznanej nam jurty. Po jakiejś godzinie od przybycia zwróciliśmy uwagę na dwójkę dzieci zmierzających w naszym kierunku. Kiedy rodzeństwo (jak dowiedzieliśmy się później) było już blisko, dało się zauważyć, że chłopiec trzyma czajnik. Okazało się, że ich rodzice zauważyli obozowisko i postanowili poczęstować nas mlekiem, w tym celu wysłali swoje dzieci. Właśnie takie sytuacje tworzą cudowny klimat wyjazdu, składają się w całość, która nazywa się Mongolia. (str.145)

Z książki dowiedzieć można się bardzo wiele – o zwyczajach w Mongolii, o tamtejszej kuchni, ludzkiej mentalności, o sposobach na rozwiązywanie problemów (np. leczenie koni…pastą do butów!). Autor opisuje również tamtejsze kopalnie i trud ludzi, którzy wyruszają na poszukiwanie szczęścia. Przedstawia wiele historii zapierających dech w piersiach – np. jak o mało nie stratował go koń. Podróżnicy nawiązali wiele trwałych relacji. Wracając kolejny raz w te same miejsca, wracali również do swych przyjaciół… I wiele, wiele innych…

Paweł Serafin zabrał mnie w cudowną podróż. Cieszę się, że mogłam przeczytać o tym co przeżył – podziwiam i szanuję tych podróżników za otwartość i hart ducha. Mnie samej zabrakło by pewnie odwagi i determinacji by podjąć taką wyprawę – i to wielokrotnie!

Dziękuję Wydawnictwu Barnardinum za wycieczkę po Mongolii. Szkoda, że skończyła się tak szybko!

Tytuł: „Mongolskie historie wilczym pazurem pisane. 4000 km w siodle po bezdrożach dzikiej tajgi”
Autor: Paweł Serafin
Wydawnictwo: Bernardinum
Liczba stron: 296
Cena: 39,90 zł

Link do książki na stronie Wydawnictwa TUTAJ

Opublikowano Recenzje | Otagowano , , | 1 komentarz