Msza Święta z dziećmi

  • Co masz ciekawego? Ale fajna książka – mówi proboszcz do 4 letniego Jaśka – a co tu jest?
  • Organy – odpowiada mój syn.
  • O, jak będziesz dorosły to pewnie zostaniesz organistą, co?
  • Nie chcę być organistą! Chcę być człowiekiem.

Książeczka miała nam pomóc przeżyć spokojną Mszę. Działało do kazania. Potem bywało różnie. Wycieranie gołym brzuchem zimnej posadzki, biegi przez przeszkody, krzyki, piski, ogólny szał.

Tak jest na Mszy z dziećmi – obojętnie czy jest to Msza dla dzieci, czy taka dla całej parafii. Są rzeczy, które się nie zmieniają.

  • Uspokój ją! – mówi z wyrzutem starsza pani do nastolatki, która przyszła z małą siostrą na Mszę dla dzieci.
  • A co ja mam zrobić? – pyta dziewczyna.
  • Za ucho ją! Niech się nauczy! – warczy kobieta.

Myślę – po co przyszła na Mszę dla dzieci skoro te jej przeszkadzają? I po co usiadła w ostatniej ławce, skoro widzi, że z tyłu maluchy wędrują? Nie wiem…

Nie jestem zwolenniczką przywiązywania dziecka do ławki. Pozwalam synom na chodzenie z tyłu kościoła, gdzie nie biegają nikomu pod nogami. Nigdy nie mieliśmy problemu z jedzeniem na Mszy – zwyczajnie od początku nic nie dawaliśmy i dzieci się o to nie upominają. Mimo to spokój jest wyzwaniem niczym wejście na szczyt góry. Gdy nadaktywność bierze górę po przydługim kazaniu mam chęć wystrzelić się w kosmos. Uciekanie, wycieranie sobą posadzki – to tylko początek długiej listy dziecięcych pomysłów.

Jaś ma etap na zadawanie pytań. Postanowiliśmy to wykorzystać. W Wydawnictwie Barnardinum znalazłam dwie bardzo fajne książeczki, które – muszę przyznać, pomagają nam bardzo.

Mała, tekturowa pozycja „W kościele” na początku mnie zawiodła. Spodziewałam się czegoś z tekstem, a tym czasem to same obrazki. Matka załamana, dziecko jednak szczęśliwe. Moim synom bardzo się ta książeczka spodobała. Jaś ogląda i pyta o każdy rysunek i jego znaczenie. Zaprowadziło to nas ostatnio do zakrystii by mógł z bliska zobaczyć komunikanty. I sprawiło, że chciał słuchać o przeistoczeniu i … w końcu możemy czasem spokojnie przeżyć ten etap mszy, bo Jaś wpatruje się wtedy w to, co dzieje się na ołtarzu.

Gdy starszak rzuca ją na mszy w kąt, przechwyca ją młodszy brat. Dwie pieczenie na jednym ogniu? (na jednej książce?:)). Tak!

Druga to „O Mszy Świętej. Rozjaśnić tajemnicę”. Podobna do pierwszej, choć wydana na miękkim papierze, więc raczej dla dzieci starszych (Wydawca sugeruje wiek odbiorcy na 3-7 lat). U nas również bardzo się sprawdza.

Starszy syn zaczął więcej rozumieć, Msza przestaje być nudnym przedstawieniem, a zaczyna być spotkaniem. Czy nie o to chodziło?

Wiem, że jeszcze długa droga przed nami…

Czasem zastanawiam się na ile dziecku pozwolić na Mszy? Ile ludzi, tyle opinii – każdy ma swoją granicę dobrego smaku, dbania o spokój innych kosztem okiełznania pomysłów małej głowy. Znam ludzi, którzy przestali zabierać dzieci na Mszę, bo nie potrafili opanować spokojnie ich nadaktywności. Czasem też dopada mnie zniechęcenie – gdy zdarzają się Msze, że Jaś cały czas marudzi i ucieka z kościoła. Nadzieją dla mnie są jednak momenty, gdy razem z innymi modli się słowami Ojcze nasz albo wpatruje się w Jezusa przy przeistoczeniu.

A Ty? Masz jakieś złote środki na dziecięce pomysły podczas Mszy?

 

 

Dziękuję za każdy pozostawiony po sobie ślad – komentarze mile widziane, również te mniej pochlebne.
Chcesz wiedzieć o nowych wpisach na bieżąco? Zapraszam na mój funpage
Biegnąc pod wiatr
Masz pomysł na kolejną recenzję na tym blogu? Daj znać o czym chciałbyś przeczytać – zobaczę co się da w tej sprawie zrobić.

Jeśli uważasz, że warto – udostępnij, puszczaj w świat. Może ktoś tego teraz potrzebuje? 🙂

Opublikowano Bez kategorii | 6 komentarzy

Prorok ekstremalny

„Franciszek z Asyżu. Prorok ekstremalny” to wyjątkowa biografia świętego, który często kojarzy się tylko z ptakami i przyrodą. Jakże infantylne są te skojarzenia! Książka Suzanne Giuseppi Testut pokazuje go w zupełnie innym świetle.

Jakże nam daleko do wewnętrznych poszukiwań Franciszka z Asyżu, do jego popartego modlitwą wysiłku, aby zachować serce spokojne i gotowe na przyjęcie Boga. Franciszek przez całe życie przejawiał zamiłowanie do miejsc odosobnionych, dlatego że sprzyjają one nawiązywaniu bliskiej relacji z Bogiem. Jakże daleko nam do tej radości, która przepełniała Biedaczynę, gdy wędrując po gościńcach i głosząc Ewangelię, okazywał zainteresowanie każdej napotkanej osobie i pozdrawiał ją w imię Boże. Jakże daleko nam do jego drogi do świętości, realizowanej w sercu tego świata – który Franciszek przyjmował i w którym żył nie w poczuciu jałowej rezygnacji lub pychy, lecz z ufnością, pokorą, współczuciem i miłością. (str.68)

Autorka sięga do pism Franciszka (też do tych mniej znanych – Listów i Napomnień). Nie poprzestaje jednak na tym – opiera się również na adhortacji papieża Franciszka Evangelii Gaudium i łączy go z orędziem świętego, wplatając w to również osobiste rozważania. Nie jest to więc typowa biografia jakiej się spodziewałam. Nie ma tu szczegółowych opisów z życia bohatera, raczej jest to opis duchowej drogi i jej owoców, które widać po dziś dzień. Opisuje duchowość franciszkańską, pokazując również ludzkie braki i bolączki – choćby życie w cyberprzestrzeni. Same wzmianki biograficzne są tylko pewną częścią tej publikacji.

Franciszek nikogo do niczego nie przymuszał. Dawał przykład, a to, co mówił, wypełniał najpierw we własnym życiu. Nie starał się kogokolwiek przekonywać czy urabiać. O sile jego przyciągania stanowił Chrystus, który w nim mieszkał. (str.88)

Suzanne Giuseppi Testut opisuje drogę jaką pokonał Franciszek – najpierw bogaty i wysoko postawiony, później nie bez powodu nazywany Biedaczyną. Z najwyższych szczebli społecznych spadł na sam dół – świadomie i z miłością opiekując się trędowatymi. Jego droga nie była łatwa – wyrzekając się dotychczasowego życia, zmienił wszystko. Dążył ku Bogu i drugiemu człowiekowi. Sprowadziło go to na margines społeczeństwa.

Franciszek pozostawał jedynie sługą, który żył służbą. Spisanym orędziem i własnym życiem, będącym tego orędzia wykładnią, dał początek duchowości franciszkańskiej, której nurt na przestrzeni dziejów naprzemiennie rozwijał się i wzbogacał lub ulegał zubożeniu. (…) Franciszek był źródłem – rzeka płynie nadal. (str.169)

Specyfika duchowości, którą żył św. Franciszek, jego towarzysze i dzisiejsi ludzie nią żyjący została przedstawiona w książce bardzo jasno i przystępnie. Autorka wymienia i opisuje kilka głównych założeń franciszkańskiej misji. Są to przede wszystkim:

  • wychodzenie na cały świat (bez stałości miejsca);
  • Bóg powołuje i posyła tam gdzie chce;
  • bycie prorokiem Królestwa Bożego, świadczenie o nim życiem i słowem;
  • głoszenie słowa Bożego, gdy odbiorca jest gotowy je przyjąć;
  • udzielanie chrztu tym, którzy przyjmują wiarę w Boga w Trójcy;
  • angażowanie się w misję nawet za cenę własnego życia;
  • radość objawiająca się pogodą ducha i odpowiedzialnością.Św. Franciszek był do granic oddany Bogu, co bez wątpienia odzwierciedla duchowość, którą zapoczątkował.

Polecam tę lekturę tym, którzy chcą przybliżyć sobie duchowość franciszkańską i sięgnąć bliżej po nauczanie papieża Franciszka. Zawiedzeni mogą się czuć ci, którzy oczekują klasycznej biografii, która jest suchym opisaniem faktów z czyjegoś życia – tutaj tego nie dostaną.

Dziękuję Wydawnictwu PROMIC za kolejną wartościową lekturę!

Tytuł: „Franciszek z Asyżu. Prorok ekstremalny”
Autor: Suzanne Giuseppi Testut
Wydawnictwo: PROMIC
Liczba stron: 280
Cena: ok. 24,90 z
ł

Dziękuję za każdy pozostawiony po sobie ślad – komentarze mile widziane, również te mniej pochlebne.
Chcesz wiedzieć o nowych wpisach na bieżąco? Zapraszam na mój funpage
Biegnąc pod wiatr
Masz pomysł na kolejną recenzję na tym blogu? Daj znać o czym chciałbyś przeczytać – zobaczę co się da w tej sprawie zrobić.
Jeśli uważasz, że warto – udostępnij, puszczaj w świat. Może ktoś tego teraz potrzebuje? 🙂

Opublikowano Bez kategorii | 5 komentarzy

Spowiedź po latach

Był taki czas w moim życiu, że długo nie korzystałam z sakramentu spowiedzi. Pamiętam jak trudno było mi skorzystać z niego po dłuższym czasie. Nie miałam szerokiego wyboru spowiedników. Mieszkałam na wsi i poza proboszczem, którego się bałam i wikarym, któremu nie ufałam, nie było nikogo.

Padło więc na spowiedź przedświąteczną. Stanęłam w najdłuższej kolejce, byle by tylko odwlec w czasie swoją kolej. Pamiętam dużo szczegółów z tej spowiedzi, mimo, że była wiele lat temu. Pan Bóg zatroszczył się o to, bym trafiła do spowiednika, który wysłucha, porozmawia i doradzi (wyjaśnił się fenomen długiej kolejki…). Po tej spowiedzi łatwiej było mi iść do kolejnej i kolejnej…

Do tych wspomnień zainspirował mnie filmik <TUTAJ> na fb o.Remigiusza Recława SJ. Opowiada o spowiedzi po 40 latach.

Gdyby ktoś z moich bliskich potrzebowałby dziś takiej spowiedzi – łatwiej byłoby mi polecić jakiegoś spowiednika albo poprosić by przyjechał do domu, tak jak o.Recław. Kiedyś nie miałam takiej odwagi, myślałam, że to abstrakcja, coś dostępnego dla wyjątkowych. Nieprawda! Każdy ma prawo szukać dobrego spowiednika dla siebie i prosić go o pomoc, gdy jej potrzebuje. Nie bójmy się tego.

Dziś w mojej spowiedzi nie ma lęku jak dawniej. Nie ustawiam się w kolejkę, tylko umawiam się na konkretny czas z moim spowiednikiem. Coś, co kiedyś, było dla mnie nie do przyjęcia dziś stało się faktem. Stały spowiednik to skarb.

Spowiedź jest dla mnie spotkaniem. Nie ze spowiednikiem, ale z Jezusem. Ktoś powiedział mi kiedyś, że kiedy najbardziej cierpię, to obok mnie siedzi Jezus i przechodzi ze mną przez to doświadczenie. Nie są to dla mnie puste słowa. Życzę sobie by się to nigdy nie zmieniło i by wiara w Jego obecność udzielała się każdemu.

*Zdjęcia z mojego ślubu autorstwa PaprockiiKosicki

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarze

Kobiety gotowe na wszystko

Pomyślcie tylko – cztery tysiące trzysta osiemdziesiąt dni nieustannego krwawienia. Zanim się to zaczęło, byłam piękną, młodą kobietą. Prawdę mówiąc, byłam atrakcyjną, radosną, normalną dziewczyną, o której względy zabiegało wielu mężczyzn. W moim domu gościło wielu kawalerów. Potem wszystko się zmieniło, a moim życiem zawładnęły smutek, ciemność, samotność, wstręt do samej siebie i brak nadziei. W skali jeden do dziesięciu oceniałam poziom mojej egzystencji na minus jeden. Moje poczucie sięgało dna. Często myślałam, że śmierć byłaby dla mnie najlepszym rozwiązaniem.

To fragment opowieści Kobiety, która z wiarą dotknęła Jezusa (str.114). Tej, która tak jak ja, żyła mając swoje bolączki, marzenia, która Go spotkała.

„Gotowe na wszystko. Kobiety Nowego Testamentu” to historie dwudziestu dwóch kobiet, które spotkać można na kartach Ewangelii. Choć w Piśmie Świętym jest często tylko jedno, dwa zdania – autor stwarza z tego historię konkretnego człowieka. Pisze w pierwszej osobie, opowiadając o uczuciach, relacjach, problemach. Każda bohaterka wprowadza w swój świat bardzo prostym i współczesnym językiem. Bez wątpienia można zobaczyć tutaj rzeczy, nad którymi zwykle się nie zastanawiamy i w tych opowieściach odnaleźć kawałek siebie. Bohaterki zadają sobie pytania, które i dziś dotyczą wielu z nas – jak odnaleźć Boga, jak dobrze żyć czy jak zdobyć i utrzymać władzę, bądź – jak uzyskać uzdrowienie? Lektura dostarcza możliwości odpowiedzi np. na to dlaczego kobieta u studni miała tylu mężów, dlaczego cudzołożnica zdradzała męża, czy z jakiego powodu Herodiada tak bardzo bała się Jana Chrzciciela, że dążyła do jego śmierci za wszelką cenę?

Autor zastosował metodę midraszu (midrasz to metoda interpretacji w judaizmie – komentowanie tekstu biblijnego za pomocą objaśnień, sentencji i przypowieści) – nie opierał się wyłącznie na Biblii. Może więc zaskoczyć czytelnika to, że Maryja (Matka Jezusa) opowiada o swoich pozostałych dzieciach, których np. w nauczaniu Kościoła Katolickiego nie ma. Mnie osobiście to nie przeszkadzało – skupiłam się na wartości dodanej tej lektury, a wciągnęła mnie tak, że trudno było się od niej oderwać. Wprowadziła mnie w świat dotąd niedotykalny – zobaczyłam swoje dylematy, dostrzegłam kobiety z ich bólem i niespełnieniem – trochę jakbym czytała opowieść zagubionej znajomej szukającej swojej drogi.

Polecam tę książkę, choć zalecam pewien dystans dla wszystkich, którzy nie dopuszczają w takich lekturach twórczości autora czy fikcji literackiej, bądź opierania się na wspomnianych już midraszach. Dała mi wiedzę o realiach życia kobiet u początku chrześcijaństwa. Coś, co niby wiedziałam, choć odkrywanie tego z barwą uczuć kobiecych i ich dylematów daje mi zupełnie nowe spojrzenie. Pobudziła mnie również do bycia Jego uczennicą w jeszcze lepszej odsłonie, szukając Jego, a nie darów, które może mi ofiarować. Życzę tego każdemu czytelnikowi tej lektury!

Dziękuję Wydawnictwu VOCATIO za książkę!

Tytuł: „Gotowe na wszystko. Kobiety Nowego Testamentu”
Autor: Robert J. Strand
Wydawnictwo: VOCATIO
Liczba stron: 160
Cena: 24 zł

Chcesz wiedzieć o nowych wpisach na bieżąco? Zapraszam na mój funpage
Biegnąc pod wiatr

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Uzdrowiciel

Z moich obliczeń wynika, że był to październik 2008 roku – zaczynałam właśnie trzeci rok studiów i drugi rok akademicki w duszpasterstwie studentów. Po mszy podszedł do mnie jeden z duszpasterzy i zapytał czy pojadę z nim do szpitala. Jakaś dziewczyna prosiła o modlitwę i sakrament chorych. Miałam już pewne doświadczenie modlitwy wstawienniczej, więc pojechałam.

Na miejscu okazało się, że oddział był już zamknięty dla odwiedzających, ale trafiliśmy na otwarte drzwi. Na widok koloratki duszpasterza pielęgniarki zgodziły się byśmy zostali i zaproponowały pokój pielęgniarski, bo dziewczyna leżała na zatłoczonej sali, a część pacjentów już spała.

Gdy chora do nas wyszła – ugięły się pode mną kolana. Okazało się, że ją znam. Kiedyś była mi bardzo bliska, później kontakt się urwał. A teraz…szpital, stwardnienie rozsiane, paraliż części ciała.

Pomodliliśmy się i wróciliśmy. Nie byłam w stanie nic powiedzieć w drodze powrotnej, przepełniał mnie ból. Mimo, że wierzyłam w Boga i Jego moc – nie było we mnie nadziei.

Kilka dni później duszpasterz powiedział mi, że Ala była pod mocnym wpływem leków i nie pamięta, że u niej byliśmy. Po relacji pielęgniarek zaczęła szukać odpowiedzi co się działo – myślała, że ktoś wysłał do niej bioenergoterapeutów. Miała tylko jedno mgliste wspomnienie. Gdzieś przebijał jej się obraz twarzy – mojej. Zaczęła więc szukać odpowiedzi wśród jezuitów. Ojciec opowiedział jej co się działo i kto u niej dokładnie był. Dziewczyna po jakimś czasie wyszła ze szpitala z nadzieją na zaleczenie. Niestety nie chciała utrzymywać relacji z nikim, kto wiedział o jej chorobie. Nie wiem co dzieje się z nią dziś.

Przeczytałam ostatnio pewien artykuł, w którym Marcin Zieliński (charyzmatyk znany z modlitwy za innych) pisze: Czy pierwszą myślą, która pojawia się w naszej głowie, gdy dowiadujemy się o własnej lub czyjejś chorobie, jest: „Trzeba z tym iść do kościoła!”? Pewnie niektórzy w tym momencie stwierdzą: „Bez przesady”. To pytanie chodzi za mną od kiedy je przeczytałam. Nie daje spokoju, rwie serce, podburza moją wiarę – po to może bym w końcu zaczęła wierzyć?

W 2010 roku byłam na sesji o modlitwie uwolnienia w Łodzi. Od tamtego czasu modliłam się częściej i więcej za innych. Po dwóch latach posługi, miałam przerwę. Wróciłam w 2014 roku i posługiwałam przez kilka miesięcy. Po urodzeniu drugiego syna nie wróciłam jeszcze do wspólnoty, ale moje serce już się tam rwie. Mam nadzieję, że kiedyś przyjmą mnie tam jeszcze.

Czy dziś wierzę, że Jezus może mnie uzdrowić? Czy to co mówi Marcin ma dla mnie sens, czy jest bajką? Wierzę! Gdy moje dzieci chorują – kładę na nie ręce i się modlę. Gdy mój mąż miał problem z kręgosłupem – zrobiłam to samo. Ale gdy mój Teść umierał na raka – nie potrafiłam tego zrobić. Wstydziłam się, bałam, że mnie wyśmieje? Nie wiem. Podobno najtrudniej jest być prorokiem we własnej ojczyźnie. Jego śmierć była dla mnie ogromnym ciosem i zasiała we mnie niepewność. Wierzę w Bożą moc, ale boję się zawieść. Tak zwyczajnie, po ludzku… Choć, gdy się modlę, wierzę – że On działa, że On jest, że mnie słyszy. Przede wszystkim wierzę, że mnie kocha i chce dla mnie jak najlepiej.

Dużo łatwiej jest mi modlić się na odległość. Gdy ktoś prosi – odmówić dziesiątkę albo pomodlić się spontanicznie. Trudniej przychodzi mi zaproponowanie modlitwy, gdy z kimś rozmawiam. Gdy ktoś opowiada mi o swoich kłopotach i rozterkach ciężko jest mi zaproponować – a może pomodlimy się teraz o rozwiązanie tych spraw? Uczę się – każdego dnia.

A Ty?

Chcesz wiedzieć o nowych wpisach na bieżąco? Zapraszam na mój funpage
Biegnąc pod wiatr

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarze

„Bajki kameruńskie”

„Bajki kameruńskie” to, jak głosi napis na okładce, najpiękniejsze opowieści dzieci afrykańskich. Zebrała je i spisała s.Tadeusza Frąckiewicz, misjonarka pracująca w Kamerunie od 18 lat.

We wstępie siostra pisze o pochodzeniu tych opowieści. Mnie z trudem przychodzi nazywanie ich bajkami – nie są to teksty do poduszki dla małych dzieci. Są historiami, które ukazują kulturę i sposób myślenia plemienia żyjącego w Kamerunie.

Bajki te poruszają i pokazują wartości, jakimi należy się kierować – prawdę, miłość, poświęcenie, szacunek. Bohaterami są ludzie, zwierzęta, duchy, zjawiska przyrody. Często są to rzeczy, których małe dziecko w Polsce nie doświadcza. W Afryce jednak dzieci żyją inaczej i inaczej postrzegają otaczający je świat. Te różnice kulturowe wyczułam czytając opowieści mojemu synowi – wielu z nich nie zrozumiał. Myślę, że niejeden 4latek miałby z tym podobny problem.

W naszym społeczeństwie nie siedzimy przy ognisku słuchając opowieści starszych. Nie widzimy jak tato wraca z polowania, nie żyjemy w namiotach wśród zwierząt, doświadczając różnych zjawisk przyrody. Dzieci afrykańskie mają to szczęście! To zasadnicza różnica. Może być przeszkodą w rozumieniu tych treści. Może też być jednak bramą do innego świata – bajkowego, to prawda. Mój 4latek znalazł w książce kilka opowieści, które bardzo polubił. Traktują o przyjaźni i szczęściu. Uczą jak należy żyć wśród innych. A przede wszystkim – w nich zawsze zwycięża dobro! Gdy dorośnie – dojrzeje do reszty książki. Narazie jest to dla niego świat bajkowy.

Książka wydana jest pięknie – bardzo ładna sztywna okładka zachwyca przy pierwszym kontakcie. Obrazki wewnątrz są dopełnieniem tego zachwytu. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego jak została wydana.

Polecam dorosłym (w szczególności) i dzieciom, które ciekawe świata są w stanie dotknąć czegoś, czego na co dzień nie doświadczają.

Dziękuję Wydawnictwu Esprit za lekturę!

Tytuł: „Bajki kameruńskie”
Autor: s. Tadeusza Frąckiewicz
Wydawnictwo: esprit
Liczba stron: 128
Cena: 27,90 zł

Chcesz wiedzieć o nowych wpisach na bieżąco? Zapraszam na mój funpage
Biegnąc pod wiatr

Opublikowano Bez kategorii | 10 komentarzy

Pobłogosław mnie!

Wspominałam ostatnio pewne zdarzenie. Miało miejsce x lat temu, gdy byłam w klasie maturalnej. W moim liceum uczył pewien kapłan. Nie był ulubieńcem młodzieży – chyba nawet wręcz przeciwnie. Lubiłam go, choć przez jego sposób bycia, traktowałam go trochę z dystansem i nie dopuszczałam za blisko siebie.

Rzecz się miała na schodach. Podczas przerwy, w tłumie ludzi. Mijając go, powiedziałam coś o trudnej sprawie, która była przede mną. On nie mówiąc nic, położył na mojej głowie ręce i krótko się pomodlił. Nie wiem ile osób widziało tę scenę – śmiem twierdzić, że sporo, bo blokowaliśmy swobodne przejście. Wtedy nie miało to dla mnie znaczenia. Moje serce zalał pokój.

Jakiś czas później pisałam maturę, ukochany WOS. Nie czułam się wtedy najlepiej, podczas egzaminu miałam wrażenie, że nic nie wiem. Chciałam przerwać w trakcie i wyjść. Spojrzałam wtedy na komisję by kogoś zawołać. Mój wzrok spotkał się z księdzem, który był tam wtedy. Popatrzeliśmy na siebie chwilę. Miałam wrażenie, że on wiedział co się ze mną dzieje i że się za mnie modli. Postanowiłam zostać. Matura z WOSu poszła mi świetnie.

Dziś jestem matką, która stara się błogosławić. Gdy nasz starszy syn był jeszcze bardzo mały, zaczęłam znaczyć na jego czole znak krzyża przed snem. Teraz błogosławię obu. Stało się to tak potrzebne i naturalne jak wieczorne umycie zębów. Pamiętam czas, gdy sama byłam dzieckiem – mama błogosławiła nas, gdy kładliśmy się do łóżek. Bardzo to lubiłam i często czekałam na ten moment. Dziś błogosławieństwo dziecka często kojarzy się tylko z jego ślubem, a szkoda…

Gdy szukałam definicji słowa „błogosławić” trafiłam na to:
Błogosławić (benedicere) to mówić o kimś dobrze, chwalić, dziękować, życzyć dobra, pozdrawiać, przyzywać łaskawości człowieka i Boga. Sama tak właśnie to rozumiem.

Nie mam jeszcze tyle wiary i odwagi by błogosławić np. przyjaciołom przed podróżą. Często wypowiadam w myślach słowa błogosławieństwa, gdy widzę jadącą na sygnale karetkę czy kogoś w kłopocie. Chciałabym więcej. Czego życzę każdemu z nas.

Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad tobą, niech cię obdarzy swą łaską. Niech zwróci ku tobie oblicze swoje i niech cię obdarzy pokojem. Tak będą wzywać imienia mojego nad Izraelitami, a Ja im będę błogosławił. Lb 6, 24-27

 

Chcesz wiedzieć o nowych wpisach na bieżąco? Zapraszam na mój funpage
Biegnąc pod wiatr

Opublikowano Bez kategorii | 15 komentarzy

;)

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Walcząca księżniczka

Bóg właśnie po to obdarzył kobiety przebiegłością, by mogły knuć intrygi. To jedyny sposób, w jaki możemy przeciwstawić się złym skłonnościom mężczyzn”.

Taki opis znajduje się na okładce książki Jean Sasson „W kręgu księżniczki”. To wciągająca i intrygująca opowieść saudyjskiej księżniczki Sudany. Bohaterka mimo tego, że żyje w ogromnym bogactwie i szczęśliwym małżeństwie, ma wiele problemów. Poczynając od swoich skłonności do alkoholu i problemów rodzinnych, kończąc na historiach osób, które poznaje i wśród których żyje.

Mimo szczęścia Sułtana od najmłodszych lat była świadkiem okrutnego traktowania kobiet w swoim kraju oraz z najbliższego otoczenia (opisuje m.in. dramatyczną sytuację swojej bratanicy, którą ojciec wydał za starszego od siebie i okrutnego dla żon mężczyzny). Bogactwa, które ją otaczały, nie zamknęły na losy innych. Jest to opowieść o odważnej, pewnej siebie osobie, która mimo to ma wiele wad. Bohaterka potrafi przeciwstawiać się mężczyznom, choć nie jest to dobrze widziane.

Historia o tym co w Polsce jest nie do pomyślenia – o handlu kobietami, gwałtach, o życiu w kraju arabskim. Życiu, które u nas jest zupełnie inne. Kilka ostatnich rozdziałów to zdecydowanie najlepsza część tej opowieści – gdy Sułtana ratuje zgwałconą dziewczynę stawiając otwarty opór mężczyznom, a nawet zyskując aprobatę części z nich.

Czytałam wiele podobnych opowieści. Budzą we mnie sprzeczne uczucia. Pomimo tego, że w Polsce płeć piękna też czasem bywa traktowana gorzej od mężczyzn, nie wyobrażam sobie żyć tak, jak arabskie kobiety. Coś, co dla nich bywa naturalne, dla mnie jest abstrakcją i szokiem. Lektura zdecydowanie dla osób, które chcą poznać kawałek świata, który jest inny niż ten wokół nas.

Dziękuję Wydawnictwu Znak za lekturę!

Tytuł: „W kręgu księżniczki”
Autor:
Jean Sasson
Wydawnictwo: Znak literanova
Liczba stron: 336
Cena: 39,90 zł

Chcesz wiedzieć o nowych wpisach na bieżąco? Zapraszam na mój funpage
Biegnąc pod wiatr

Opublikowano Bez kategorii | 4 komentarze

Szarpiąca modlitwa

Czytam właśnie artykuły o modlitwie. Bardzo fajne i cenne. Przypomina mi się przy tym moja modlitwa sprzed prawie 3 lat.

Prosiłam Boga o konkretny znak. O to, by pokazał mi konkretną osobę. Wysłuchał, pokazał. Niestety ta odpowiedź nie była tym, czego oczekiwałam. Zaczęłam pytać Jezu, jesteś pewien? Nie pomyliłeś się? Czy ja Cię dobrze rozumiem?  Moje serce szybko dostało odpowiedź  – prosiłaś i masz! Szarpałam się z Bogiem jeszcze dwa miesiące.

Wygrał. Poszłam do obcego sobie wtedy człowieka i poprosiłam o pomoc. Jego reakcja na mnie była potwierdzeniem, że to nie był tylko mój pomysł. Również jego Jezus na to spotkanie przygotował.

Dziś, gdy pytam i dostaję odpowiedź – nie szarpię się już. Idę. Jak Piotr po wodzie. Czasem zdarza mi się topić, wątpić. Mimo to chcę wyjść ze swojej łodzi. Zaryzykować. Być z Nim.

Zdjęcie autorstwa PaprockiiKosicki

Chcesz wiedzieć o nowych wpisach na bieżąco? Zapraszam na mój funpage
Biegnąc pod wiatr

Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarze