W Kościele warto być łobuzem?

Strach czy zaufanie?

Będąc dzieckiem bardzo bałam się proboszcza z mojej parafii. Mieszkałam na wsi i nie miałam możliwości poznania kogoś innego – z otwartym i radosnym sercem. Myślałam, że tak już musi być. Sądziłam, że ksiądz ma zawsze rację – nawet jeśli całe kazanie i ogłoszenia duszpasterskie poświęcone są zbieraniu funduszy na nowe dzwony do kościoła. Czułam, że strach w takiej relacji jest normalny – wszak ksiądz ma zawsze rację…

„Mamo! Czy Jezus dłubał sobie między palcami jak ja, gdy był mały?” – zapytał kilka miesięcy temu mój 4 letni syn. Odpowiedziałam, że pewnie tak…
„Mama, ja wiem! Pójdziemy do ojca Piotra, on jest mądry i będzie wiedział” – odpowiedział i jak pomyślał, tak zrobił. Nie bał się. „Ojciec wujek Piotr” to przecież przyjaciel. W końcu zawsze bierze na ręce i podrzuca. Można zadać mu pytanie i się z tych pytań nie śmieje, można z nim pogadać o wszystkim. Taki obraz Kościoła ma mój syn.

Czy wkurza mnie w Kościele przewielebność? Owszem! Skręca mnie, gdy słyszę kazanie, które zaczyna się od słów „przewielebny księże kanoniku, drodzy parafianie”. Już wiem, gdzie bym syna z jego pytaniami nie wysłała.

Pieniądze

Sześć lat temu brałam ślub w dużym, gdańskim sanktuarium. Zapytaliśmy ks.Wiesława o pieniądze. Uśmiechnął się tylko i pokiwał głową. Niestety zanim wzięliśmy ślub, zmienił się tam proboszcz. Ten kolejny nie kiwał głową, był raczej kimś kto na każdym milimetrze parafii chciał rządzić – nawet kosztem ludzkiej wrażliwości. Czy mnie to wkurzało? Owszem! Do tego stopnia, że rozmawiał z nim mąż. Wiedziałam, że moje słowa mogą przynieść nieszczęście. W końcu od tylu lat przyjeżdżałam w to miejsce, było dla mnie tak bliskie i szczególne…

Radość ze Zmartwychwstania

W Święta nie udało nam się pojechać na mszę do kościoła Jezuitów. Bardzo nad tym bolejemy. Gdy w Niedzielę Zmartwychwstania szłam na Mszę Świętą, bardzo chciałam zobaczyć radość, usłyszeć coś co poruszy moje smutne serce. Mamy w parafii dwóch bardzo dobrych kaznodziei. Liczyłam na to, że któryś z nich powie kazanie. Niestety tak nie było… Gdy zobaczyłam kto wchodzi na ambonę z mojego serca wyrwało się ciche, smutne westchnienie „Boże, dlaczego dziś wystawili do kazań jego?”.

Czy byłabym w stanie pójść do zakrystii i to powiedzieć? Chyba nie, nie chciałabym ranić tego wiekowego kapłana. Inaczej było na kolędzie – gdy pytano mnie co myślę o pracy parafii, mówiłam wprost co czuję, co mnie wkurza, czego mi brakuje. Inaczej reaguję, gdy usłyszę coś co mnie pozytywnie poruszy – idę i dziękuję. Wierzę, że warto…

Wierni

„Co on się tak czepia? Moje życie, moja sprawa. Chcę być chrzestną, co go to obchodzi, że żyję bez ślubu?”
„Płacę i wymagam”
„Co za dzięcioł? Jak można tak spowiadać?”

Tak, wkurzają mnie takie teksty. Sama wiele wymagam, ale nie tylko od innych. Każdy jest częścią Kościoła i jest za niego tak samo odpowiedzialny!
Nie odpowiada ci spowiednik? Znajdź sobie innego! Wymagasz? Daj coś z siebie!

Nie twierdzę, że wina jest zawsze po stronie wiernych, a życie jest czarno-białe. Znam wiele osób, które żyją w związkach niesakramentalnych, a byłyby lepszymi chrzestnymi niż ci, którzy z zewnątrz są nieskazitelni. Czy to jest uczciwe? Nie wiem…

Mój Kościół

Wiele jest rzeczy, które mnie przez lata odpychało od Kościoła. Lęk przed kapłanami, który przekładał się na uciekanie od konfesjonału – byle jak najdalej. Bylejakość kazań, po których wychodziłam jeszcze bardziej przybita, niż przyszłam. Cenniki, na widok których moje tętno gwałtownie przyspieszało.
Dziś się nie denerwuję. Znalazłam spowiednika, którego się nie boję. Znalazłam parafię, gdzie od 10 lat nie usłyszałam kazania, które wgniotło by mnie w ziemię – choć zdarzały się takie, które w ogóle mnie nie poruszały. Dziś nie bolą mnie cenniki, bo chodzę tam, gdzie ich nie ma. Nie oznacza to, że nie daję pieniędzy – wręcz przeciwnie.

Dziś jestem w miejscu, gdzie dziękuję za masę dobra, które dostaję. Gdy widzę coś co nie daje mi spokoju – mówię o tym na ucho tym, którzy są w stanie to przyjąć. Nie stoję na dziedzińcu krzycząc, że mi się należy. Szukam miejsc, gdzie moje potrzeby zostaną zaspokojone. I znajduje je, zawsze…

 

Chcesz wiedzieć o nowych wpisach na bieżąco? Zapraszam na mój funpage
Biegnąc pod wiatr

Opublikowano Chwile z życia | Otagowano | 2 komentarze

Kobieta miła, czyli jaka?

Na początku kwietnia na facebooku umieściłam filmik pt. „Być kobietą urzekającą to być miłą” o.Remigiusza Recława SJ. Nagranie to wzbudziło pewne reakcje z powodu samego tytułu. Później, rzec by można, było tylko gorzej…

-„Niezwykle ciąży mi i myślę, że wielu kobietom przekaz, który od dzieciństwa się za nami wlecze, że mamy być miłe, ugodowe, nie złościć się, być bardziej wrażliwe na potrzeby innych niż swoje itp.”;
„szkoda, że nie wyjaśnił, co to znaczy być miłą, tylko że trzeba być miłą…”;
„Kobieca kobieta” to nie tylko ta, która jest uprzejma, pełna pokoju, odkrywająca dobro i „gromadząca je w swoim banku”. Kobieca kobieta to też taka, która potrafi stawiać granice (czasem w celu obrony swoich bliskich, czasem siebie samej). Wtedy nie da się być miłym!”;
-„w
iększość osób ,które przychodzą do mojego gabinetu, to są właśnie grzeczni chłopcy i grzeczne dziewczynki 40+, które teraz borykają się z nerwicą lub depresją. Jesteśmy mieszaniną światła i cienia i ten cień, coś ważnego ma nam do powiedzenia”.

To tylko niektóre z tych wypowiedzi, z którymi bardzo się zgadzam.

Jest jednak pewne „ale”… Ja chcę być miłą!

Chcę być miła, nie złościć się, chcę mieć wrażliwość na cudzą niedolę…
Chcę by był we mnie pokój, a nie lęk, złość i frustracja.

Czym różni się kobieta miła od niemiłej? Wyglądem, strojem, aparycją, umiejętnością stawiania granic? A może miła kobieta to ta, która potrafi tupnąć nogą i postawić granice – wszak ludzie z takimi osobami podobno czują się bezpiecznie (tak! Ja lubię znać cudze granice, wtedy w relacji czuję się bardziej wolna!)?

Jestem pewnego rodzaju dziwadłem – wiem. Czasem słyszę, że mam archaiczne poglądy, bo uważam, że mąż jest głową mojej rodziny, a przy tym uważam nasz związek za partnerski. Dla wielu to się wyklucza – uważane jest za kategoryczną sprzeczność. Dla mnie jednak nie…

Myślę, że podobnie postrzegam piękno kobiety.
Można być miłą i nie tłamsić swoich uczuć. Nikt nie karze mi walić talerzami, wolę iść pobiegać.
Kobieta miła, to taka, która mówi co myśli, ale w taki sposób, by nie zabić drugiego (ja się tego nieustannie uczę!).
Miła kobieta to ta, która fizycznie nie wabi seksapilem (choć zewnętrzne piękno też jest ważne!), ale taka, która ma wzrok skierowany ku Bogu i drugiemu człowiekowi. Taka, przy której się uspokajasz, nawet jeśli ona nie zdąży powiedzieć słowa. Taka, która ma piękne oczy, które patrząc widzą więcej niż ci się wydaje.
Czy to oznacza, że ma zaniedbywać siebie? Nie!!! Czytałam niedawno tekst Natalii Świderskiej o tym, jak ważne jest dostarczanie tlenu najpierw sobie – polecam tę lekturę (https://almadecasa.blog.deon.pl/2018/04/13/tlen/#comment-50)! Jeśli nie zadbasz o siebie – nie dasz też siebie innym. Z pustego Salomon nie naleje 🙂

Czy jesteś i chcesz być piękna? Co dla Ciebie oznacza być piękną/pięknym?

 

Zdjęcie z pixabay.com

 

 

Chcesz wiedzieć o nowych wpisach na bieżąco? Zapraszam na mój funpage
Biegnąc pod wiatr

Opublikowano Chwile z życia | Otagowano , , | 5 komentarzy

Zmierzch nad jagodowymi polami

Dotarła do mnie niedawno kolejna powieść Wydawnictwa Dreams. Ten, kto czyta moje recenzje wie, że poprzednia („Dopóki biegnę” T. Blackstock) była tak dobra i wciągająca, że nie mogłam się od niej oderwać. Myślałam, że już bardziej wciągająco nie można. Myliłam się! „Zmierzch nad jagodowymi polami” przeczytałam w dwa wieczory (384 str.!) – nie byłam w stanie odłożyć jej na długo…

To trzecia część serii Nad Zataką autorstwa Colleen Coble. Nie trzeba jednak czytać dwóch poprzednich, by wiedzieć o co chodzi – każda z nich tworzy odrębną historię.


Zdjęcie jest własnością Wydawnictwa

Kate to dziewczyna, która wygrała walkę ze śmiertelną chorobą. Krok po kroku poznajemy jej zawiłą historię. Po latach odnalazła siostrę bliźniaczkę, pracuje na polach jagodowych, jednak nie chcą one wydać owoców… Kate nie potrafi ich porzucić – czuje, że musi na nich pozostać, bo tego oczekuje od niej matka przebywająca w więzieniu. Podobnie jak jej wujek, który ją wychowywał – poznajemy go z czasem bliżej. Uciekł z więzienia, zaatakował wiele osób, ale ostatecznie bardzo im pomógł. Jak? Tego nie zdradzę!

W życiu Kate pojawia się Drake z dwiema małymi dziewczynkami. Dla bohaterki jest to okazja – może wynająć mały domek znajdujący się na jej posiadłości. Kim są dziewczynki i co wspólnego ze śmiercią ich rodziców ma Kate?

W powieści pojawia się też stalker podglądający kobiety. Gdy jedna z nich go zauważa, gwałci ją i morduje. Jednym z jego celów jest Kate, która nieświadoma zagrożenia czuje, że obserwuje ją… wujek.

Ale czy to na pewno on? Kto stoi za śmiercią brata i bratowej Draka? Jak dziewczynki poradzą sobie po stracie rodziców? Czy Kate i Drake mają szansę na nawiązanie ze sobą bliższej relacji? Dlaczego bohaterka zostaje nianią dziewczynek?

Milion pytań rodziło się w mojej głowie podczas tej lektury. Mistrzowskie połączenie wielu trudnych historii i ludzkich dramatów. Dogłębna analiza psychologiczna Kate, która czuje się niegodna by być szczęśliwą. Wszystko podane w taki sposób, że czyta się lekko i nie można się oderwać – zwyczajnie chce się więcej i więcej. Im więcej jest pytań, tym bardziej chce się odpowiedzi… Do tego piękne i subtelne odniesienia do Boga – nie narzucają się i nie są na pierwszym planie, ale przemycone są w taki sposób, że budzi to pewną refleksję i daje obraz bohaterów szukających pomocy nie tylko u ludzi.

Zaskakujące było dla mnie to, jak autorka budziła we mnie napięcie. Najpierw jedna śmierć, potem pojawiający się Drake, który szuka dowodów zbrodni. Później wujek – uciekinier oraz stalker – na początku miałam wątpliwości czy to przypadkiem nie jest jedna osoba. Wiele wątków, które są powiązane ze sobą po mistrzowsku.

Colleen Coble to najlepiej sprzedająca się pisarka wg USA Today – po lekturze „Zmierzchu nad jagodowymi polami” wcale mnie to nie dziwi!

Dziękuję Wydawnictwu Dreams za kolejną dawkę niesamowitych emocji!

Tytuł: „Zmierzch nad jagodowymi polami”

Autor: Colleen Coble

Wydawnictwo: Dreams

Premiera: 27. 03. 2018 r.

Liczba stron: 384

Cena: 34,90 zł

Opublikowano Recenzje | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Dzikie dziecko z lasu?

Nie recenzowałam jeszcze książki o wydarzeniach historycznych, w dodatku o dziecku – konkretnym, z imieniem, swoją historią i problemami. Normalnie bym się tego nie podjęła, ale po opisie, który przeczytałam na stronie Wydawnictwa Meandry bardzo zapragnęłam poznać Wiktora. Gdy go już poznałam, bardzo chciałabym ci o nim opowiedzieć…

„Dziki chłopiec. Prawdziwe życie dzikusa z Aveyron” to autentyczna opowieść o ostatnim znalezionym w Europie dzikim dziecku. Opowieść przeplatana rysunkami, od których nie mogłam się oderwać.

Na stronie Wydawcy napisano, że takie dzieci odnajdywano wielokrotnie w indyjskich dżunglach – nie było to dla mnie jakimś zaskoczeniem. Jednak to, że Wiktor żył w Europie trochę mnie zadziwiło…

Francja, XVIII wiek. Robotnicy zauważają w lesie dziecko – nagie, pochylone, dzikie. Z czasem udaje im się złapać chłopca, którego prowadzą na dziedziniec miasta – tam staje się atrakcją i wystawiony jest na publiczne wyśmianie. Głuchy? Niemy? Imbecyl?

Udało mu się uciec. Złapano go ponownie. Umieszczano w specjalnych ośrodkach, badano, przeprowadzano eksperymenty. Bardzo długo nie spotkał na swojej drodze nikogo, kto traktowałby go jak człowieka, a nie obiekt badań. Gdy już się to stało – starano się go uspołecznić.

Okazało się, że Wiktor słyszy. Z czasem potrafił pokazać opiekunom czego w tym momencie mu potrzeba. Ale czy to wystarczy? Czy jego życie w mieście, w murach jest życiem szczęśliwym?

Jak opisuje autorka Mary Losure – widać było w nim tęsknotę za lasem. Mimo, że nauczył się jeść przy stole – nadal nie był tak obyty przy posiłkach jak jego europejscy rówieśnicy. Pomimo tego, że potrafił wskazać przedmioty, nie był w stanie komunikować się jak inni. Mimo, że kochał swoich opiekunów – nigdy do końca nie poczuł się u siebie.

Kilka lat w lesie – jak tam trafił? Jak udało mu się przeżyć? Tego nie wiemy…

Podczas tej lektury wiele razy stawałam w zadziwieniu. Czy można robić eksperymenty na ludziach tylko po to, by spełniali oni nasze wymagania? Można uspołeczniać kogoś na siłę, mimo, że życie w lesie daje mu spełnienie i szczęście i jest tam samowystarczalny? Czy można dzikie dziecko zmienić na swoją modłę?

Próby zmiany Wiktora wydawały mi się czasem objawem ludzkiego okrucieństwa. Nie wiem czy kierowano się jego dobrem, choć sądzę, że takie było założenie.

Wszystko wskazuje na to, że chłopiec został porzucony. Pojawiło się jednak we mnie pewne pytanie – co gdyby moje małe dziecko zaginęło i odnalazło się po latach w lesie? Czy chciałabym je stamtąd wyrwać i przez wiele lat uspołeczniać na siłę? Czy może pozwoliłabym mu odejść, by żył tam, gdzie mu najlepiej? Znam odpowiedź na to pytanie – nie oceniam więc tych, którzy żyli z Wiktorem i robili wszystko by stał się taki jaki inni – choć to niekoniecznie była droga dla niego…

Dziękuję serdecznie Marcie Mital za propozycję poznania Wiktora. Stał się inspiracją nie tylko dla Marii Montessori, ale również we mnie pojawiło się wiele pytań, których w innych okolicznościach bym sobie nie postawiła…

Polecam lekturę nie tylko dorosłym. Młodzieży 12+ może spodobać się równie mocno.

Tytuł: „Dziki chłopiec. Prawdziwe życie dzikusa z Aveyron”
Autor: Mary Losure
Wydawnictwo Meandry Marta Mital
Liczba stron: 193
Cena: 35,00 zł

 

Zdjęcia są własnością Wydawnictwa Meandry Marta Mital

Opublikowano Recenzje | Otagowano , , , , | Skomentuj

Idealna dziewczyna?

Czy chcesz być doskonały, piękny, podziwiany, zauważony? Ja tak! Czuję, że takie pragnienia wpisane są mocno w nasze serca… Co się dzieje, gdy nie zostają jednak zaspokojone?

Przed momentem skończyłam lekturę autobiografii Jennifer Strickland, modelki, która stojąc na szczycie kariery, spadała w dół – myślenia o sobie, patrzenia na własne wybory, życie i ludzi, którzy ją otaczali. Czując się samotna i pusta zaczęła szukać Boga. Dostała odpowiedź, której zupełnie się nie spodziewała.

Rzadko zaraz po skończeniu lektury siadam do komputera, by o niej napisać. Dziś jednak nie potrafię inaczej. Historia Jennifer dotknęła mnie bardzo głęboko.

Jennifer Strickland weszła w świat mody jako dziecko – jako 8 latka zaczęła wchodzić do środowiska, które miało jej zapewnić szczęście i spełnienie. Zewnętrznie bardzo długo wszystko przebiegało idealnie – pracowała m.in. dla Giorgia Armaniego. Była rozchwytywana – do czasu.

Modelka przedstawia nam okrutną stronę świata mody – zdeprawowanych wartości i kultu ciała. Czuła się towarem, który musi wyglądać idealnie, by móc go sprzedać. Z wielkim bólem opisuje sytuacje, gdy wydawano jej całymi godzinami suche polecenia, przebierano, malowano – nie pytając jak się czuje i czy ma siły pracować dalej. Nie dawano jej wyboru – musiała być ciągle piękna, silna i dostępna. Była tylko ciałem, obiektem do zdjęć.

Historia modelki przepełniała mnie bólem. Nie rozumiana przez najbliższych, którzy skupiali się na jej sukcesie, a nie potrzebach i wielkim poczuciu osamotnienia. To kobieta, która czuła się na tyle dobra, na ile ją wyceniono.

Z czasem stało się jednak coś, co zaczęło zmieniać bieg jej historii. Ciągła pogoń za byciem idealną popchnęła ją w anoreksję – zaczęła zauważać w lustrze odbicie samych kości. Jej cera stała się brzydka, okres zanikł – stawała się coraz słabiej oceniana, a więc i mniej zatrudniana w świecie mody. Doświadczyła tego, jak źle można traktować drugiego człowieka. Niejednokrotnie usłyszała, że jest za chuda, brzydka i do niczego. Zaczęła w to wierzyć.

Dopóki mogłam, ignorowałam pustkę w sercu. A teraz ona krzyczy. Pustka, którą zobaczyłam na scenie, nie zostawia mnie w spokoju mimo moich uników. Przychodzi w sennych koszmarach, woła w środku nocy. Przytrzymuje mnie, kiedy rano chcę wstać, ale nie potrafię. Nie udaje mi się przed nią uciec bez względu na to, ile najmodniejszych ubrań i biżuterii włożę. Prześladuje mnie nieustannie, dopóki nie pokona. Str.172

Stając na progu śmierci, chcąc popełnić samobójstwo, odnajduje resztki sił by żyć. Z czasem spotyka ludzi, którzy w niesamowity sposób prowadzą ją do Boga. Spotyka na drodze nieznajomego, który mówi jej wprost, że nie jest na sprzedaż, jest wartościowa i nie powinna iść na kolejny casting. Posłuchała go…

Cała historia bohaterki przeplatana jest jej spojrzeniem na wiarę – każdy rozdział kończy się krótkim odniesieniem do Pisma Świętego – bardzo celnie i dobrze opisując problemy poruszane w danym rozdziale.

Opowieść modelki bardzo mocno mnie poruszyła. Pewna cząstka mnie krzyczy często, że nie jestem dość idealna, by być kochaną. Pewna część mnie mówi, że muszę być fizycznie piękna, by być wystarczająco dobra. Jennifer łamie to kłamstwo, odsłaniając mi spojrzenie Boga na te dziedziny mojego serca.

Jestem ogromnie wdzięczna za tę historię – wiem, że powrót do trudnych wspomnień był dla niej bardzo trudny. Dziś Jennifer jest szczęśliwą żoną i matką. Czuje się piękna, spełniona i ważna. Nie jest towarem, jest Bożym dziełem…

Dziękuję Wydawnictwu Koinonia za niezwykle poruszającą i oczyszczającą lekturę!

Tytuł: „Idealna dziewczyna”
Autor: Jennifer Strickland
Wydawnictwo: Koinonia
Liczba stron: 252
Cena: 10,00 zł (regularna 26,90 zł)

 

Zdjęcie należy do Wydawnictwa Koinonia

Opublikowano Recenzje | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Foch to foch – czyli o kobiecej emocjonalności słów kilka, cz.2

Po środowym tekście o kobiecych emocjach i hormonach dostałam kilka różnych wiadomości. Zdecydowanie ze sobą sprzecznych. Kobiety dziękują – czują, że nie są same. I nie są „wariatkami”. Pojawił się jednak też pewien mężczyzna, który zarzucił mi usprawiedliwianie grzechu:

„A to można by też się zapytać mężczyzn? Czy Bóg dał nam popęd i testosteron, który jest silniejszy niż wola? To by mogło być powodem niespowiadania się z grzechu np. masturbacji, bo nie jest się w stanie panować nad popędem. Dotyczyłoby także czystości przedmałżeńskiej, która zwyczajnie nie była by możliwa.” Krzysztof

Czy ja gdziekolwiek pisałam, że mamy kierować się emocjami? Ależ skąd! Wręcz przeciwnie – cytowałam słowa, które sugerowały coś wręcz przeciwnego.

Jak to jest więc z hormonami, które są tak silne, że większość z Was zaznaczyła w ankiecie, że nami rządzą?

Kobieta, która doświadczyła tak głębokiego smutku, że nie była w stanie wstać z łóżka, odebrać telefonu, załatwić prostej sprawy – wie co to znaczy szalejące emocje.
Miałam taki czas w swoim życiu – na początku studiów, że byłam bezwładna. Głównie przed miesiączką – pomogło leczenie u endokrynologa. Czy więc hormony nie mają wpływu? A może to nie my mamy wpływu na nie?

Często jest tak, że patrzymy na drugiego człowieka przez pryzmat własnych doświadczeń. Przez 29 lat nie wiedziałam jak objawia się PMS – po urodzeniu drugiego dziecka wiele się w tej materii zmieniło. Gryzę, krzyczę, wkurzam się o byle co. Taka jest moja pierwsza, można rzec – pierwotna reakcja. Ale czy nie mam na nią wpływu?
Mam! Gdy jestem wypoczęta, gdy nie muszę opiekować się dziećmi sama od 4.30 do 19.00- jest łatwiej. Można by rzec – siedzisz w domu. Nie pracujesz. Każda matka wie, że to nieprawda.

W Kościele mówi się wprost o tym, że uczucia i emocje nie mają wartości moralnej – nie są ani dobre ani złe. Nie mogą więc być grzechem. Sprawa ma się jednak trochę inaczej jeśli chodzi o moje reakcje – one często są grzeszne. Wyżywasz się na niewinny dziecku – krzyczysz, szarpiesz? Jesteś winna! Nie emocji, ale swojego zachowania. Za swoje zachowanie odpowiedzialna jestem ja, nie moje emocje.

Życie dostarcza mi często trudnych i stresujących sytuacji. Jestem szczęśliwa i spełniona. Nie oznacza to jednak, że nie doświadczam trudności i problemów. One są i będą.

Jestem słaba. Zbyt często daję się swoim uczuciom rządzić – między innymi dlatego wróciłam po latach przerwy do sportu i zaczęłam biegać. Między innymi dlatego staram się czasem sprawić samej sobie małą przyjemność – bo tak często dbam o innych, zapominając o sobie. To dlatego męczę spowiednika i chodzę do niego tak często, jak potrzebuje tego moje sumienie – ono często bardzo mocno mnie uwiera.

A Ty? Dbasz o siebie? O swoje potrzeby? Potrafisz je nazwać, zaspokoić?

Przypominam o wyzwaniu dla kobiet – jeszcze 5 dni!

Dbajmy o siebie! Dla dobra swojego, mężów, dzieci i tych, którzy każdego dnia mają szczęście nas spotkać!

 

 

 

Opublikowano Chwile z życia | Otagowano | 8 komentarzy

Foch to foch – czyli o kobiecej emocjonalności słów kilka, cz.1

W głowie jednej z czytelniczek bloga zrodziła się myśl, by poczytać więcej o kobiecych emocjach. Poprosiłam więc osoby odwiedzające mój fanpage o podzielenie się swoimi doświadczeniami.

Czy foch to zawsze foch? A może system hormonalny rządzi kobiecą wolą? Co wpływa na emocje kobiety? Jak sobie z nimi radzić? Czy mężczyzna może pomóc swojej ukochanej przeżyć lepiej to, co czuje?

Dziękuję wszystkim, którzy podzielili się ze mną często bardzo osobistymi doświadczeniami.

Na potrzeby tego tekstu zrobiłam też krótką ankietę, której wynik bardzo mnie zaskoczył…

 

Czy naprawdę jest tak, że nie mamy wpływu na to co się z nami dzieje? Czy Bóg dał nam hormony, które są silniejsze niż nasz rozum i wola? Z tej ankiety wynika, że tak…

Choć, gdy pytałam was o to, jak wygląda to w praktyce, odpowiedzi często były inne:

  • niestety mogą mieć przewagę nad wolą (ja ciąży domyślałam się zanim zrobiłam test ciążowy – po prostu widziałam że zachowuje się tak, jakbym potrzebowała psychiatry- albo właśnie była w ciąży). Z drugiej strony nie jest też tak, że nie ma się na nie zupełnie wpływu – mi pomaga melisa, którą od jakiegoś czasu pije codziennie – i czuję się bardziej wyciszona nawet w tych trudnych okresach), oprócz tego odpoczynek, ruch i suplementacja magnezu bardzo pomaga.
  • z mojego doświadczenia mogę powiedzieć o napięciu przedmiesiączkowym – hormony nie mają wpływu na wolną wolę. Ostatecznie to ja jestem osobą, która decyduje o tym, co zrobi. Hormony mogą mi to ułatwić albo utrudnić, ale nie decydują za mnie. Mogą powodować, że jestem zdenerwowana (w przypadku pms) i łatwiej mnie wyprowadzić z równowagi, ale jestem dorosłą, (chyba) dojrzałą osobą, więc nie mogę zwalać wszystkiego na hormony. Jednocześnie zauważam, że sposób, w jaki się odżywiam, ma znaczący wpływ na zmniejszenie napięcia przedmiesiączkowego, więc hormonom można też trochę „pomóc”, np. jak jem dużo zieleniny, warzyw i ograniczam słodycze, to czuję się lepiej i napięcie przedmiesiączkowe znika (albo dolegliwości są naprawdę niewielkie).
  • kilka dni przed miesiączka mam takie spadki nastroju jak w ciężkiej depresji . Potwierdzone przez psychologa wiec to nie jest foch. Hormony maja potężną moc.
  • Każdy człowiek ma zdolność do oceniania sytuacji, do podejmowania odpowiedzialnych decyzji, do kontroli samego siebie. I choć często nasze kobiece hormony dają o sobie znać, dla mnie nie mają one znaczenia w przypadku wolnej woli. Hormony to część naszej kobiecej natury, to coś naturalnie obecnego w naszym życiu, to biologia naszego istnienia. I one zawsze będą nam towarzyszyć, szczególnie wtedy kiedy zostajemy matkami dla poczętego dziecka czy kiedy się starzejemy. A wolna wola to nasza zdolność podejmowania decyzji, zdolność rozróżniania dobra od zła i podążanie za własnym sobą, słuchanie swojego głosu serca i rozsądku.

A Ty co o tym myślisz? Co twoim zdaniem najbardziej wpływa na naszą emocjonalność?

  • Myślę, że bardzo wiele rzeczy się na to składa, na te złe najczęściej moje dziecko, kiedy mnie nie słucha, mąż, który czasami bardzo irytuje, ludzie, którzy są okrutni i podli dla mnie, choćby w pracy… Na wzruszenie np. oddziałują u mnie ludzie dramaty, często oglądając programy na żywo typu „Uwaga” czy „Sprawa dla reportera” zdarza mi się płakać, czuć niemoc i bezsilność…
  • Chociaż to może bardzo banalne stwierdzenie, ale prawdziwe – na nasze emocje często wpływają niezaspokojone potrzeby – snu, głodu. Tak pierwotne i oczywiste, ale dziś często nie mamy czasu zjeść w spokoju i porządnie się wyspać!
  • Artykułów do tego sprzecznych jest pełno. Był nawet niby medyczny, że kobiety pms tylko wykorzystują dla własnych celów.
  • Na emocje każdego człowieka niezależnie od płci wpływa najbardziej stopień zaspokojenia bądź niezaspokojenia swoich potrzeb. Im bardziej jesteśmy ich świadomi i im bardziej bierzemy za nie odpowiedzialność, tym większa kontrolę mamy nad emocjami. Na nasze emocje mają też wpływ wartości które wyznajemy, czy jesteśmy w zgodzie z nimi czy spychamy je na margines. I znowu świadomość hierarchii wartości i/ lub ustawienie ich we właściwej kolejności i życie wg tego uspokaja emocje.
  • na emocje kobiety (z mojego doświadczenia) wpływa niemal wszystko – relacje z bliskimi, relacje w pracy, pogoda, korek, kolizja, kupno kanapy czy nowa fryzura. Emocje potrafią zmieniać się co 5 minut i biegać z jednej skrajności w drugą.

Czyli jednak nie ja decyduję???

W moim odczuciu nie do końca tak jest, choć odpowiedzi, które zacytowałam wyżej mogłyby to sugerować. Do mnie bardzo docierają powtarzające się słowa wielu z was o zaspokajaniu własnych potrzeb – często spychanych na margines, na koniec dnia, na potem, na nigdy…

Hormony mają ogromny wpływ na to jak ja się czuję i jak funkcjonuję – myślę, że moi bliscy widzą kiedy kończy się mój cykl… Niestety. Czy mogę nad tym panować? Mogę. Wtedy, gdy jestem wypoczęta, gdy mam chwilę dla siebie, gdy sprawię sobie małą przyjemność (kiedy to ostatnio zrobiłaś?).

Wiele z was pisało o tym, że pomaga odpoczynek, rozmowa z bliską osobą. Emilka pisała o melisie i suplementacji magnezu. Mnie pomaga dobra kawa, w dobrym towarzystwie. Wiele i niewiele, gdy w domu buszuje dwóch małych rozrabiaków.

Czy nie warto jednak czasem o to zadbać?

Każda z nas chce być urzekająca, piękna, promieniująca. A co robimy, by to się rzeczywiście stało?

Czy pozwalam na to by emocje były mną?

Paulina: „wg mnie kluczowym elementem jest dystans do emocji. Mam jakieś emocje, ale nie jestem emocjami – nie mogę pozwolić, żeby przejęły nade mną kontrolę, bo wiem, że 5 minut się zmienią, będą inne. Trzeba je uszanować, pokochać, pogłaskać, czasem dać im upust (np. pójść na trening, coś ugotować, podzielić się smutkiem, złością, radością, z kimś bliskim), ale nie powinny nami rządzić”.

Zgadzasz się z nią? Ja zdecydowanie tak!

Uwaga – wyzwanie!

Przez najbliższy tydzień każda z nas zrobi coś tylko dla siebie. Może to być zakup nowego ciuszka. Może kawa poza domem. Może spacer, bieg (możemy wspólnie jeśli mieszkasz blisko Trójmiasta :)). Co to będzie dla Ciebie? – nie wiem. Ale zróbmy coś dobrego i podzielmy się za tydzień efektami. Co Ty na to?

Opublikowano Chwile z życia | Otagowano , , , | 2 komentarze

Uwolniona!

„Uwolniona przez wiarę. Jak odrzucić siedem kłamstw, które wmawiają sobie kobiety” – tytuł, którego pierwsza część pobudziła moją nadzieję – uwolniona…. Piękna, ciepła, otulająca zmysły okładka – Wydawnictwo eSPe przekonało mnie już na starcie…

Później jednak zrobiło się trochę „pod górkę”. Wiedziałam, że ostatnio z wielu względów jest mi ciężko. Czułam się zwyczajnie źle z samą sobą. A tu kolejna książka zdzierająca ze mnie złudne myślenie – że wszystko zrobi się samo, że to co trudne samo kiedyś minie. Kolejne strony, to kolejne odkrycie i odzyskiwanie kontroli nad sobą – teraz w strefie umysłu, mam nadzieję, że niebawem dojdzie też do serca.

I słowa, które wręcz do mnie krzyczały:

Niestety, jeśli całe życie starasz się ukrywać swe słabości przed znajomymi, rodziną i przyjaciółmi, to uczysz się też ukrywać je przed Bogiem. Tylko Bóg potrafi tchnąć siłę w twoje słabości. Gdy stają się one źródłem niepewności i wstydu, ta siła jest stłamszona. Str.50

I wiele innych trudnych prawd, które dotykały mnie do głębi.

Saundra Dalton-Smith napisała małe kompendium wiedzy o sercach kobiet – nawet jeśli nie każdej, to większości, które znam. Z zawodu jest lekarzem, opowiada historie pacjentek, które spotkała w swoim gabinecie. Bardzo zaskakiwały mnie opowieści o tym jak podchodziła do tych, które przychodziły po pigułki – dostawały jednak materiał i wskazówki do długotrwałych zmian w myśleniu, patrzeniu na siebie i innych. To wszystko dotykało również ich duszy – lekarka powoływała się na swoje życie z Jezusem.

Zaczyna od historii Cameron – osoby bliskiej załamania, której udało się stać wolną kobietą. Książka kończy się Credo wolnej kobiety i przewodnikiem do pracy w grupie (podano pytania na 8 tygodni pracy). A środek?

Jakie kłamstwa stara się złamać w naszym życiu autorka?

Na stronie Wydawnictwa czytamy:

Poznaj prawdę o siedmiu kłamstwach, które niszczą Twoje życie, i zastosuj skuteczną kurację dla swojej udręczonej duszy.
Pozwoli Ci ona:

  1. czerpać zadowolenie z bycia po prostu znakomitą, a nie doskonałą;
  2. uwolnić się od zazdrości, by móc poczuć się kimś naprawdę wyjątkowym;
  3. zaakceptować siebie, rozsądnie dbając o swoje ciało;
  4. zorganizować codzienność tak, by znaleźć w niej czas dla samej siebie;
  5. bez lęku podchodzić do tego, co zdarza się nagle i niespodziewanie;
  6. poradzić sobie z trudnymi emocjami;
  7. uwierzyć w to, że szczęście Bóg daje Ci za darmo!

Co to oznacza dla mnie? Lektura odkrywała przede mną, że…

Znakomita, a nie doskonała – uczy mnie nie porównywać się z innymi.

Jestem wyjątkowa, nie muszę zazdrościć innym ich osiągnięć.

Uczę się akceptacji siebie, dbając o dietę i ruch – nie po to by być doskonałą, ale by się nie zaniedbać.

Uczę się równowagi – by odnajdywać czas dla siebie, choćby to miało być 3 razy po 5 minut w ciągu dnia, jak proponuje autorka.

Uczę się oddawać stery, gdy ktoś burzy mój uporządkowany plan dnia – nie chcę stracić tyle, co bohaterka tego rozdziału!

Nie jestem wariatką! Moje emocje mają prawo być jakie są. Uczę się otwierać przed drugim człowiekiem i mówić mu o sobie.

Narzuciłam na siebie wiele więzów, Bóg chce je rozwiązać i dać mi coś, o czym nie śmiem marzyć…

To, co dzieje się z twoim życiem, to bezpośredni rezultat tego, co dzieje się w twoim sercu. Niedziałające obszary wrócą do życia, gdy zasilisz je Bożą mocą. Otwórz swoje serce przed Bogiem i pozwól rozkwitnąć wiośnie nadziei. Pozwól przeniknąć Bogu głęboko w twoje od dawna skażone wnętrze. Wyznacz sobie czas na oczyszczenie. Wchłoń strumień Jego obietnic w arterie swojego życia. Zaakceptuj Jego bezwarunkową, bezgraniczną i nieokiełznaną miłość do ciebie i twojego szeroko otwartego serca. Str. 223

Czy polecam tę książkę? Zdecydowanie tak! Wydaje się nie być niczym nowym, wielce odkrywczym. A jednak! Sposób pisania autorki sprawił, że sama czułam się jej pacjentką, trochę poprowadzoną za rękę ku większej świadomości, wolności i odnowieniu – psychiki, ducha i ciała.

Dziękuję Wydawnictwu eSPe za lekturę!

Tytuł: „Uwolniona przez wiarę. Jak odrzucić siedem kłamstw, które wmawiają sobie kobiety”
Autor: Saundra Dalton-Smith

Wydawnictwo: eSPe
Liczba stron: 248
Cena: 27,90 zł

Baner jest własnością Wydawnictwa

Opublikowano Recenzje | Otagowano , , , , | Skomentuj

Nieznany dotąd Ksiądz z Kaszub…

Ksiądz Jan Kaczkowski. Większość Polaków pewnie wie o kogo chodzi. Wielu przeczytało jego książki. Wielu zmarło trzymając go za rękę. Niejeden widział w nim kogoś więcej niż księdza z Kaszub. Niektórzy twierdzą, że przeczytali już tyle jego książek, że wiedzą wszystko. Ale czy na pewno?

Wydawało mi się, że o ks. Janie wiem dużo – nie tylko dlatego, że miałam okazję słuchać jego kazań żebraczych w pomorskich kościołach ani dlatego, że spotkałam go w hospicjum. Czytałam książki – jego i o nim. Ile można, prawda? W końcu przecież każdy temat się wyczerpie. A jednak…

„Jan Kaczkowski. Życie pod prąd” – opasła biografia napisana przez Przemysława Wilczyńskiego. Coś przy czym płakałam, irytowałam się i doznawałam olśnienia. Okazało się, że nie znałam ks. Jana. Miałam pewien obraz, który jak się okazuje, nie koniecznie był prawdziwy. Wilczyński pokazał mi nową odsłonę kogoś, kogo pokochała Polska.

Przemysław Wilczyński to dziennikarz „Tygodnika Powszechnego”. Na okładce biografii widnieje napis:

Tysiące godzin pracy. Setki przejechanych kilometrów. Stu kilkudziesięciu rozmówców. Zdobyte zaufanie rodziny. Niepublikowane dotąd fotografie. Przemysław Wilczyński stworzył obraz człowieka, który według księdza Adama Bonieckiego „uratował honor polskiego kapłaństwa”.

Jestem pod ogromnym wrażeniem pracy autora. Z dziennikarską dokładnością i rzetelnością zdobył wiele informacji o rodzinie, przyjaciołach i losach ks. Jana. Poraził mnie swoim obiektywizmem. Często miałam wrażenie, że ks. Kaczkowskiego się gloryfikuje, że istnieje pewien niepisany zakaz mówienia o nim źle. Wilczyński nie pomija wad i problemów bohatera – czym zyskał w moich oczach i sprawił, że poznałam puckiego duchownego z zupełnie innej strony.

Autor przeprowadził mnie przez każdy etap życia ks. Jana – opowiadając o jego narodzinach, o rodzinnych perypetiach i silnej miłości, jaką obdarzano się w rodzinie Kaczkowskich. Pojawiło się wiele opowieści ze szkoły podstawowej i liceum, które w jakiś sposób rzucają światło na to kim był i jak kształtował się duchowny. Umieszcza wiele rodzinnych wspomnień, takich, których wcześniej nie słyszałam…

Gdy zaczęłam lekturę o czasie seminarium i pierwszych latach kapłaństwa nie mogłam oderwać się od książki. Miałam okazję spotkać osobiście wiele opisywanych osób (choćby ks.Mazura, który pracował w Pucku z ks.Janem), ta historia była więc dla mnie wędrówką szczególną. Wiele razy budziło się we mnie pewne zaskoczenie, ale i pewnego rodzaju zrozumienie. Ks. Jan doświadczył wielu niemiłych sytuacji zarówno jako kleryk, jak i później „zesłaniec” w Pucku. Wilczyński świetnie opisuje jego reakcje – nie pomijając takich, w których obrywało się od ks. Jana niewinnym. Jest to jednak głównie obraz człowieka, który walczy – o to by zostać zauważonym i docenionym. I tak też się staje – jako kapelan szpitalny i DPS-u podbija serca ludzi, których spotyka. Jego oddanie i determinacja stają się siłą dla wielu. Wtedy też powstaje (najpierw w głowie) pomysł hospicjum, który z czasem ewaluuje.

Ks. Jan pracował również jako katecheta. Z wcześniejszych publikacji wiedziałam o „synkach”, z którymi jeździł do chorych. Wiedziałam, że jest to ksiądz, który przyciąga jak magnes dzieci z marginesu społecznego. W biografii jest to miejsce szczególne – pokazuje tęsknotę Jana do bycia ojcem. Bez wątpienia został nim dla wielu osób. Osobiście nie potrafiłam oderwać się od tego zdjęcia…

Hospicjum – jego powstanie, napotkane problemy, wygórowane wymagania ze strony ks. Jana. Dziś patrząc na to miejsce widzę sukces oraz placówkę, w której odeszła bliska mi osoba. Miejsce, gdzie można odejść bez bólu i z godnością. Nigdy nie zastanawiałam się jednak jaka była cena tego sukcesu – dla Kaczkowskiego i jego współpracowników. Wilczyński przeprowadził wiele szczerych i głębokich rozmów. Dziś jestem wdzięczna za to hospicyjne dzieło jeszcze bardziej – gdy wiem ile trudu i nieprzespanych nocy mają za sobą jego twórcy.

Ks. Kaczkowski był „przejechany przez Kościół”. Od samego początku czuł się traktowany źle. Było w jego życiu wiele trudnych momentów, na które się buntował. Dziennikarz pisze o nich w bardzo obiektywny sposób – patrząc na to z różnych perspektyw, rozmawiając z wieloma ludźmi, pokazując wiele spojrzeń na jedne wydarzenia. Spojrzeń o tyle cennych, że pobudzają do głębszej refleksji, a nie jedynie do przedwczesnego oceniania – choćby osoby metropolity gdańskiego.

Nie można pominąć choroby Kaczkowskiego, większość osób dowiedziała się o nim, gdy glejak szalał już w organizmie księdza. Wiem co niesie z sobą leczenie onkologiczne – nie zdawałam sobie jednak sprawy z tego ile musiał przejść ks. Jan i jego bliscy. Opowieści o tym jak ks. Kaczkowski zmieniał się wskutek przyjmowanych leków trochę mną wstrząsnęły. Na vlogu, w mediach społecznościowych – wszędzie widziałam człowieka silnego. To jednak tylko część prawdy… Poznając historię tych zmagań, poznałam też mamę ks. Jana i przeczytałam coś, co bardzo mocno mnie dotknęło…

Helena i Jan Kaczkowscy: trzydzieści osiem lat i osiem miesięcy wspólnego życia. Od pierwszego do ostatniego oddechu. Dosłownie:

– Byłam przekonana, że dziecko jest żywe. Urodził się, nie krzyknął… Po chwili zaczął oddychać…
„Oddech spowalniał. Jan cały czas był bardzo spokojny. W pewnym momencie Magda poprosiła: „Mamo, połóż mu rękę na czole”. Zawsze tak robiłam, kiedy byli dziećmi, chorowali i mieli gorączkę. Położyłam więc Janowi rękę na czole, a on zamknął oczy i przestał oddychać”.
(str. 47)

Lektura tej biografii budziła we mnie wiele uczuć, których się po sobie nie spodziewałam. Były momenty, że musiałam przerwać i iść się wypłakać.

Jest to opowieść nie tylko o ks. Janie Kaczkowskim, ale i o stanie polskiego duchowieństwa, o realiach polskiej służby zdrowia i machinach biurokratycznych. Jest opowieścią osób uratowanych przez miłość, którą ks. Jan otrzymał od rodziny i potrafił dawać ją dalej tym, którzy najbardziej jej potrzebowali. Jest wreszcie historią odchodzenia – z godnością i klasą, ale nie bez bólu, wątpliwości czy żalu.

Jest też opowieścią o mnie samej – odnalazłam się w niej, poczułam jej częścią i dotknęłam czegoś co niedotykalne – ludzkiego serca, które kształtuje Bóg i ludzie. Sacrum i profanum – życie ks. Jana, jego bliskich i współpracowników. Czy warto sięgnąć po tę lekturę, kolejną już o ks. Kaczkowskim? Warto – mimo, że jest długa, momentami czyta się z bolącym sercem, to warto spojrzeć inaczej i zweryfikować swoje myślenie. Polecam!

Dziękuję Wydawnictwu WAM za egzemplarz książki do recenzji!

Tytuł: „Jan Kaczkowski. Życie pod prąd. Biografia
Autor: Przemysław Wilczyński

Wydawnictwo: WAM
Liczba stron: 416 (uwaga! Duży format 168×240 mm)
Cena: 44,90 zł

Opublikowano Recenzje | Otagowano , , , , | Skomentuj

Babskie narzekania

W lutym napisałam tekst „Babska przyjaźń po ślubie„, który w wielu osobach wzbudził pewne kontrowersje. Pojawiło się coś, o czym chciałabym powiedzieć więcej.

Napisałam tam, że wyznaję zasadę: „nigdy nie mów źle o swoim mężu i zachowuj dla siebie to co powinno zostać między małżonkami. To nie oznacza, że nie możesz się wygadać czy poradzić, gdy jesteście w konflikcie. Pamiętaj jednak, że to między małżonkami relacja powinna być najważniejsza.”

Pojawiło się wiele pytań w stylu:

  • Co jeśli on ją bije? Ma milczeć?
  • Co jeśli poniża, wykorzystuje seksualnie (tak! Istnieje gwałt w małżeństwie!)?
  • Co jeśli znęca się psychicznie, ekonomicznie, duchowo?
  • Dlaczego ma nie mówić skoro jej źle – może rozmowa jej ulży?

Przyznaję – dla mnie są to sytuacje skrajne. Nie dlatego, że są rzadkie i ich nie ma. Dlatego, że ja sama ich nie doświadczam. Mam wspaniałego, troskliwego męża. Takiego, który kocha i szanuje. Dlatego pisząc o swoim spojrzeniu na babską przyjaźń zaznaczyłam, że nie należy mówić o mężu źle.

Skąd we mnie taki pomysł?

Lubimy narzekać. Kobiety szczególnie (albo tak mi się wydaje…).

Przed napisaniem tekstu o kobiecych relacjach miałam pewną trudną dla siebie sytuację. Spotkałam dawną znajomą i jej narzeczonego. Widziałam go pierwszy raz, nie wiedziałam o nim nic. Ona, jak zawsze – rozgadana. Zaczęła opowiadać o ślubnych przygotowaniach, skarżąc się na to, że on w niczym jej nie pomaga, nie jest zaangażowany i wszystko mu jedno. W ciągu 5 minut usłyszałam potok negatywnych zdań. Nic dobrego. Uderzyło mnie to i odpowiedziałam, że chyba czas by porozmawiali ze sobą kto ma w tym związku rządzić. Jeśli on ma być głową, ona musi zejść z tronu. Przede wszystkim nie mówić o nim źle każdemu napotkanemu znajomemu. Jaki obraz tego mężczyzny miałam? Życiowy fajtłapa? Taki nijaki, do niczego i winny jej nieszczęścia? Nie, chyba raczej mu współczułam…

Wiele jest wokół mnie narzekających kobiet. Czasami wolałabym nie słyszeć tego, co mówią o swoich mężach. Nie dlatego, że nie chce im jakoś pomóc, ulżyć. Zwyczajnie dlatego, że to nie ja powinnam być adresatem tych komunikatów – ale ten, który powinien być najbliższy – własny mąż. To w końcu kobieta jemu ślubuje miłość, wierność i to, że nie opuści, prawda? Dlaczego w kimś ukochanym widzimy tyle wad?

A co w przypadku, gdy dzieje się naprawdę źle? Co i gdzie powiedzieć by otrzymać pomoc?

Z doświadczenia wiem, że kobiety naprawdę cierpiące często milczą. Muszą znaleźć się w granicznej sytuacji by zacząć mówić i prosić o pomoc.

Czy ja jestem gotowa wysłuchać? Myślę, że kiedyś byłam bardziej… Ostatnio zadzwoniła do mnie dawna znajoma z prośbą. Jedyną rzeczą, którą mogłam zrobić na odległość to skierować ją do odpowiedniej osoby w jej otoczeniu. Udało się, bo wysłałam ją do terapeuty – mojego przyjaciela. Wiedziała, że skoro ja mu ufam, ona nie musi się go bać. Tym razem się udało…

Reagujmy na zło! Gdy podejrzewasz – zapytaj! Gdy słyszysz krzyki, postaraj się delikatnie dać znać, że jesteś i służysz pomocą, a jeśli to nie pomaga – powiadom MOPS bądź policję. Nie zostawiaj krzyku uderzenia bez odzewu.

Czy ty jesteś osobą godną zaufania, do której drugi człowiek może przyjść i się wyżalić? Jak reagujesz na zwykłe narzekania? Co jesteś w stanie zrobić w sytuacji, gdy ktoś naprawdę potrzebuje twojej pomocy? Czy potrafisz spojrzeć w czyjeś oczy i widzieć w nich cierpienie mimo przyklejonego uśmiechu? Czy umiesz słuchać bez natychmiastowego doradzania? Ja się tego ciągle uczę…

Pamiętajmy też – dobre komunikaty budują bardziej!

Opublikowano Chwile z życia | Otagowano , , , | 8 komentarzy