Kobieta kobiecie?

W ubiegłą niedzielę mąż zabrał dzieci na plac zabaw, a ja miałam chwilę ciszy i samotności w domu. To był moment, którego bardzo potrzebowałam od wielu dni. Nie tylko zmęczenie fizyczne wychodziło ze mnie z każdej możliwej strony, moja dusza i psychika też błagały o włączony znak stopu.

Usiadłam więc nad programem formacyjnym dla kobiet i zaskoczyłam sama siebie tym, co przez ten krótki moment odkryłam.

Nie jestem orłem – mogę powiedzieć za Małą Tereską – a serce moje czuje w sobie porywy Orła.

Coś, co pokazał mi ten czas ciszy było rezultatem poznawania swoich pragnień, które krążą we mnie od dawna oraz rozmów, które wydawać mogłyby się przypadkowe, a tak naprawdę zmieniły we mnie wiele.

Dzień wcześniej na portalu DEON.pl ukazał się mój felieton (jest TUTAJ). Tekst jak tekst, można by rzec. I tak rzeczywiście jest, choć fala prywatnych wiadomości od kobiet mocno mnie zaskoczyła.

Szczególnie jedna, od osoby niby znajomej, którą mijam od roku, a tak naprawdę niewiele o niej wiem. Okazało się, że choć jesteśmy do siebie bardzo podobne, nie zauważyłyśmy tego wcześniej. Ona matka, ja również. Obie z wielkimi pragnieniami i jeszcze większą pustką w sercu.

Niedzielna modlitwa i wymiana słów ze znajomą pokazały mi moje wielkie pragnienie relacji z innymi kobietami. Pragnienie, które nie jest zaspokojone.

Nie mam problemu z nawiązywaniem znajomości z panią w sklepie, salonie fryzjerskim czy na płytkim poziomie gdziekolwiek indziej. Mam takich znajomości masę, nie wiem czy potrzebuję ich więcej. Moje serce potrzebuje czegoś innego, czegoś co jest głęboko ukryte razem z głodem Boga.

Od kilku miesięcy biorę udział w spotkaniach dla kobiet w gdyńskim ICFD. To pokazało mi jak bardzo wcześniej brakowało mi takiego pola formacji i spotkań. Jak bardzo brakowało mi w życiu innych wierzących i podobnie myślących kobiet. Zobaczyłam, jak mocno doskwiera mi w codzienności samotność.

Wiem, że wiele osób może powiedzieć, że jak ci brakuje, to sobie znajdź. To prawda. Pytanie: jak? Szczególnie, gdy ma się małe dzieci, a nie ma się niani na etacie. Jak pogodzić bycie mamą z potrzebą codziennej Eucharystii (odkrycie tego, że to nie tylko moje pragnienie, było mocno uwalniające), potrzebą spokojnych spotkań (czyli bez małych, absorbujących ludzi) po to by móc się przed sobą nawzajem otworzyć, zwierzyć, pobyć w ciszy, może wspólnie pomodlić.

Zobaczyć, że nie jest się na świecie jedynym, samotnym i dziwnym, bo ma się pragnienia inne, niż te, które świat kreuje jako ważne dla kobiety.

Czasem jest we mnie potrzeba nie odczuwania cudzego oddechu na plecach, gdy ktoś ze zdziwieniem czy oburzeniem patrzy na to, że modlę się w restauracji przed posiłkiem. Czasem chciałabym nie czuć się jak dziwadło, gdy mówię, że czegoś nie potrzebuję (nowych ciuchów czy tony makijażu na co dzień). Mam takie momenty, że chcę uciec, gdy słyszę, że pewnie urodziłam mózg z łożyskiem, skoro „siedziałam” 6 lat w domu bez pracy. Niestety słowa najbardziej bolesne, słyszę od innych kobiet. Tak, mam takie momenty, że czuję jak inne kobiety wbijają mi w plecy nóż niezrozumienia i odrzucenia.

Z drugiej strony są te poznane w ICFD i te, które są do mnie podobne, choć często ich nie dostrzegam w codzienności. Sąsiadki, koleżanki, inne mamy w przedszkolu – te, które czują się często podobnie jak ja i odczuwają głód równie silny jak mój.

Zastanawiam się jak odnaleźć się w tłumie, spotkać i poznać? Jak pozwolić sobie na bycie inną niż wszyscy? Czy to opcja tylko dla wybranych?

Od kilku dni czytam książkę dedykowaną kobietom, autorstwa Aliny Wieji. Z każdym kolejnym rozdziałem dostrzegam, że Alina Wieja – choć nigdy jej osobiście nie poznałam, ma i miała na moje życie ogromny wpływ.

Książki, które napisała i wiele artykułów w czasopiśmie Nasze Inspiracje wpłynęły na mnie bardzo mocno.

Zastanowiłam się w czym tkwi ten fenomen. Słowa jednych nie dotykają mnie w ogóle, albo zostają na krótko. Słowa dwóch kobiet: Mai Moller (znanej jako Chrześcijańska Mama) i Aliny Wieji potrafią zostać we mnie bardzo długo.

Myślę, że to, co tak mnie porusza w ich słowach, to szczerość, prostota i wiara. Tak, te dwie kobiety piszą tak, że mam wrażenie, że nie czytam kolejnego felietonu wyciśniętego na siłę, ale czegoś co jest mi bardzo bliskie i ważne – bo dotyczy bezpośrednio mnie.

Gdy w grudniu ubiegłego roku dowiedziałam się o śmierci pani Aliny, poczułam realny smutek. Wiedziałam, że zostawiła po sobie ogromne dziedzictwo, z którego mogę czerpać przez kolejne lata. To jednak był smutek spowodowany tym, że odeszła jedna z tych kobiet, która inspiruje, daje siłę i nadzieję.

W czerwcu zabrałam na urlop specjalne wydanie Naszych Inspiracji. Choć wydawać by się mogło, że to numer poświęcony zmarłej autorce, dostrzegłam w nim coś, czego bardzo potrzebowałam.

Wiele ludzkich opowieści o tym, jak spotkania z panią Aliną odmieniały kobiece serca, dodawały sił do walki o codzienność, o marzenia. Te opowieści współpracowników o tym, jak potrafiła zatrzymać się przy konkretnym człowieku mimo natłoku obowiązków. Świadectwa tego, jak potrafiła pokazać komuś błąd, nie dołując, ale zachęcając do jeszcze większego zaangażowania i chęci ku lepszemu.

Chciałabym mieć wokół siebie takie osoby, sama chciałabym się taką kobietą stać. A słowa Aliny Wieji „bój się i rób” stały się ostatnio moją dewizą.

Pani Alino – dziękuję!

 


Zapraszam 🙂

facebook.com/niezawodnanadzieja

https://instargam.com/biegnac.pod.wiatr

urbanska.madzia@gmail.com

Comments

  1. Weronika

    Przepiękny artykuł. Każda kobieta potrzebuje ciszy i samotności, bo to jest taka pustynia, na której był Pan Jezus przez 40 dni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *