Pamiętam swoją pierwszą kolędę poza domem rodzinnym. Mieszkałam wtedy w akademiku. Usłyszałam głośne pukanie (walenie!) do drzwi. Nie spodziewałam się nikogo, więc krzyknęłam „właź, czego tak walisz?”, myśląc, że to Zbyniu znowu ma gości i braki w prowiancie. Wszedł – niski, uśmiechnięty i nie był Zbyszkiem. Zmroziło mnie, przede mną stał rozbawiony kapelan, który zapytał: – Kolędę przyjmiesz? – Prooooszę księdza, ale ja nawet świeczki nie mam. Ani krzyża, ani
