Kolęda na Kaszubach

Pamiętam swoją pierwszą kolędę poza domem rodzinnym.

Mieszkałam wtedy w akademiku. Usłyszałam głośne pukanie (walenie!) do drzwi. Nie spodziewałam się nikogo, więc krzyknęłam „właź, czego tak walisz?”, myśląc, że to Zbyniu znowu ma gości i braki w prowiancie. Wszedł – niski, uśmiechnięty i nie był Zbyszkiem.
Zmroziło mnie, przede mną stał rozbawiony kapelan, który zapytał:
– Kolędę przyjmiesz?
– Prooooszę księdza, ale ja nawet świeczki nie mam. Ani krzyża, ani wody.
– A Ojcze nasz znasz? Wody święconej się nie boisz? – zapytał rozbawiony.
– Zapraszam – wydukałam czerwona i zmieszana jak nigdy.

Moje zaskoczenie i porozrzucane wszędzie książki w niczym nie przeszkadzały. Nie przeszkadzało to, że jestem nieuczesana, nieprzygotowana i jąkająca się (z zaskoczenia). Pomodliliśmy się razem, ksiądz wyciągnął swoje kropidło nie szczędząc ani mnie ani pokoju. To spotkanie będę pamiętać bardzo długo – rozmawialiśmy wtedy o bardzo trudnej dla mnie sytuacji. Tak po prostu, siedząc w stercie książek na podłodze.

Gdy wyszłam za mąż i zamieszkałam na Kaszubach nie miałam czasu zastanawiać się czy panują tu jakieś specjalne zwyczaje. Czy po księdza trzeba wyjść czy przyjdzie sam? Co ma leżeć na stole? W mieszkaniu mieliśmy jeszcze gołe posadzki, spaliśmy na dmuchanym materacu i wszędzie leżały kartony. Mieliśmy mały stolik, na którym przygotowaliśmy wszystko co było w naszym zasięgu. Na dzwonku do drzwi wisiała kartka z napisem „proszę pukać”, bo… dzwonka jeszcze nie było. Mieszkaliśmy tutaj dopiero niecały miesiąc. Ktoś zapukał i wszedł, bez „proszę” i zbędnych ceregieli. Zamurowało mnie! Znałam tego człowieka z liceum. Przemek? Wiedziałam, że poszedł do seminarium i tak…pracował w mojej nowej parafii! To była bardzo radosna wizyta, powtórzona też dwa lata później (choć już w innych warunkach wokół). Przemek (jak to ma w zwyczaju) nie bardzo się przejął moim zmieszaniem, gdy wparował do pokoju z naszym materacem i wielkim bałaganem twierdząc, że małżeńskie łoże też warto poświęcić (miałeś kiedyś ochotę udusić księdza? Ja właśnie wtedy miałam… 🙂 ).

Była też wizyta, gdy mój dwuletni synek widząc księdza zaczął wołać „mam, patrz Bambo!”. Była wtedy faza na bajkę o małym murzynku, a ksiądz cóż – ubrany był na czarno. Czy było mi wstyd? Nie. Ksiądz też pochwalił dziecko za spostrzegawczość. To była jedna z najfajniejszych wizyt w naszym domu. Rozmawialiśmy z księdzem o tym jakimi duchowościami żyjemy. On opowiadał o karmelitanach, my o jezuitach. Fajny czas wymiany doświadczeń.

Mam bardzo dobre doświadczenie tych wizyt. Dlaczego? Bo je lubię. Myślę, że to czuć, gdy witam radośnie w drzwiach księdza, który przecież nie wszędzie przyjmowany jest entuzjastycznie. Lubię się modlić z innymi w naszym domu – wdzięczna jestem naszym kapłanom, za to, że chce im się chodzić po osiedlu i pukać od drzwi do drzwi. Wdzięczna jestem za ich otwartość i to, że tolerują naszą bezpośredniość i otwierają się na nas tak samo mocno jak my na nich. Wdzięczna jestem im za to, że mają czas na to by usiąść i wysłuchać jak się mam i co czuję. Wdzięczna jestem za ich błogosławieństwo – mam nadzieję, że ono do nich wraca.

Comments

    1. Post
      Author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *