
Pod ostatnim tekstem o gniewie (O co ci kobieto chodzi? TUTAJ) dostałam komentarz – zacytowany poniżej. Natalio, nie jestem znawcą… Pozwól jednak, że opowiem Ci swoją historię…
Dziękuję Ci za ten tekst! „Bycie uwięzionym przez kontrolujące środowisko jest głównym czynnikiem prowadzącym do gniewu”. Też mam wrażenie, że żyję w kontrolującym środowisku. Działa na mnie destrukcyjnie. Gdy człowiek traci wiele energii na to by bronić się przed ciągłą kontrolą to mu odbiera radość życia 🙁 Trudno przed tym uciec czy się od tego odciąć gdy tym środowiskiem jest rodzina. Co wtedy? Jak sobie radzić?
W moim życiu było kilka takich mocno kontrolujących relacji. One rzeczywiście budzą ogromny gniew – u mnie objawiał się tym, że w niedziele bolał mnie brzuch na myśl, że w poniedziałek mam się spotkać z kontrolującym szefem. Skutkował tym, że nie mówiłam prawdy, by mieć spokój i nie słuchać narzekań, złotych rad i uwag od bliskich mi osób. Zwyczajnie uciekałam, a wewnętrzna frustracja narastała do niebotycznych rozmiarów.
Czy dziś też tak działam? Nie, ale tych relacji już nie ma… Z jednej strony nie ma ich, bo je skutecznie ucinam. Z drugiej jeśli pojawiają się wśród najbliższych – twardo stawiam granice.
Nie muszę tkwić w pułapce kontroli. Mogę reagować na nią w sposób, który uważam za właściwy, bo jestem człowiekiem wolnym, który jest odpowiedzialny na swoje wybory.
Gdy ktoś ostatnio zwrócił mi uwagę, że robię coś „źle” w domu, odpowiedziałam, że robię to najlepiej jak potrafię i jeśli ma ochotę to dam mu ścierkę.
Gdy usłyszałam, że źle wybrałam coś-tam, odpowiedziałam, że mam swój gust i to moje prawo.
Gdy ktoś powiedział mi, że powinnam wrócić do pracy zamiast siedzieć w domu, odpowiedziałam, że dzięki za radę, ale wybrałam inną drogę i czuję się szczęśliwa.
Jestem dorosła i pokazując innym, że mam swoje zdanie i będę go bronić, ucinam wiele frustrujących mnie dyskusji. Mawia się, że ktoś wchodzi ci na głowę, bo mu na to pozwalasz. Trochę niestety tak jest.
Stawianie granic nie jest łatwe. Dla mnie to jednak jedyny sposób na to by nie pozwolić innym przejmować sterów mojego życia – to ja jestem odpowiedzialna za moje wybory, uczucia, myśli. To moje życie. Moje podwórko.
Gdy stawiasz dziecku twarde granice – ono czuje się bardziej bezpieczne. Wie na co może sobie pozwolić. Dorosłym często granic nie stawiamy, ze strachu przed oceną i odrzuceniem.
Lubię przebywać wśród ludzi, którzy mają jasno postawioną granicę, np. w sposobie przywitania (przytulenie czy podanie ręki?), w określeniu tematów, o których nie chcą rozmawiać czy jasnym powiedzeniu: tego dla ciebie nie zrobię. Czuję się pewniej i bezpieczniej wiedząc jak daleko mogę postawić swój but na glebie życia drugiego człowieka.
Czy to jest łatwe? Nie jest…
Dla mnie to była długa droga samoakceptacji i poznania swojego serca. Droga, która przepełniona była rozczarowaniem i ciągłym szukaniem od nowa. Ta droga była i jest trudna. Jednak dziś już nie czuję takiego gniewu. Czasem jest mi przykro, gdy słyszę słowa, czy sugestie – takie, które pokazują, że ktoś wie lepiej ode mnie jak mam żyć. To boli, szczególnie, gdy robi to ktoś bliski.
Wiem jednak, gdzie jest mój Fundament. I do Niego wracam. On ma konkretne Imię. Swojej wartości szukam w Bogu – nie w człowieku. Ludzka opinia się zmienia, sposób patrzenia Boga nie. Na co więc warto postawić?

Dokładnie! Naprawdę dobry post zgadzam się z tym i również”walczylam” z takimi ludźmi. Teraz nauczyłam się reagować spokojnie na ich komentarze.. pozdrawiam https://www.kingulencja.com
Problem w tym, że dzieciństwie mamy wpajane, że musimy być „grzeczni” – tymczasem, stawiając granice i broniąc ich, czasem musimy warknąć, surowo pouczyć, a nawet zbesztać.
Kiedy się tego boimy, warto zauważyć jedną rzecz: jeśli tego nie zrobimy, będziemy się nadal męczyć. Jeśli „warkniemy”, problem będzie trwał tylko chwilę. Druga strona albo się nieco zdziwi i poprawi swoje zachowanie, albo obrazi się i odejdzie – w obu przypadkach zysk jest nasz.
Pozdrawiam.
Wyjątkowo się z Tobą zgadzam, bezimienny komentatorze 😉