Małżeństwo jest drogą pod prąd, a miesiąc miodowy nie powinien się nigdy kończyć

Międzynarodowy Tydzień Małżeństwa w internecie trwa. Dobijając do półmetku, można śmiało stwierdzić, że jesteśmy w drodze. Dla mnie nie jest to tylko internetowa, wirtualna przestrzeń wczytywania się w ludzkie historie, ale również patrzenia na siebie i swoje małżeństwo.

Bardzo podoba mi się tegoroczne hasło akcji – małżeństwo jest drogą. Patrzę na siebie sprzed prawie siedmiu laty, gdy wypowiedziałam sakramentalne „tak” i widzę jak wiele wydarzyło się od tamtego czasu.

Miesiąc miodowy był u nas tylko teorią. Po ślubie wyruszyliśmy na tygodniowy urlop w góry, by po tym czasie zacząć nowy etap, choć trochę już oswojony.

Wróciliśmy do swoich miejsc pracy, oboje za biurka w miejscach, których realizowaliśmy swoje pasje. To było znane. Reszta była odkrywaniem, trudną lekcją, i nie było w tym miodu, a miesiąc skończył się wcześniej, niż zauważyliśmy.

Szara, trudna codzienność – choć łatwiejsza, bo we dwoje.

Stwierdzenie „nowa droga życia” bardzo do nas pasowało. Zamieszkaliśmy ze sobą „dopiero” po ślubie, więc spędzanie codzienności wspólnie było pewną nowością. Uczyliśmy się – tego drugiego i siebie samego. Wszak najbardziej zaskakiwałam się swoimi własnymi reakcjami na drobne sytuacje, które były dla mnie trudne, a nie było ich mało.

Dziś mówimy innym – nie mieszkajcie ze sobą zbyt wcześnie, dajcie sobie na to czas, gdy będziecie już mężem i żoną. Codzienność smakuje wtedy ciut inaczej. Inna jest odpowiedzialność, gdy wiesz, że sakrament, którego udzieliłeś sobie i drugiemu zobowiązuje cię do tego, by nie trzasnąć drzwiami na amen, że trzeba będzie wrócić i powiedzieć przepraszam.

Co pokazała mi droga ostatnich lat? Co zmieniło się od czasu zaraz po ślubie do dziś?

Życie jest nieprzewidywalne. Wiele pięknych i dramatycznych chwil przeżyliśmy w tym czasie.

Utrata kilku bardzo bliskich nam osób. Moje otarcie się o śmierć przy pierwszym porodzie i walka o pierworodne dziecko. Kłótnie o niezatankowany samochód i źle umytą podłogę. Różnice w spojrzeniu na rzeczy ważne, choć nie najważniejsze – jak choćby kupić czy nie kupić? Brak czasu dla siebie, gdy pojawiły się dzieci. Szara, choć wielozadaniowa codzienność i rutyna, która chciała wkraść się nie tylko w zadania, ale i w serca. Różnice w potrzebach (on chce odpocząć aktywnie, ja z książką w łóżku).

A przy tym radość ze szczęścia najbliższych, przeprowadzka „na swoje”, wspólnie rozwijana duchowość, wspieranie się w dążeniu do szczęścia w drobiazgach codzienności. I wiele cennych, dobrych chwil we dwoje. Momenty krytyczne, gdy wiedzieliśmy, że to drugie stoi za mną murem i będzie wspierać do upadłego. Zwyczajne bycie i trwanie.

Gdy patrzę na statystyki dotyczące rozwodów, jest mi smutno. Gdy słyszę od księdza z mojej parafii, że w naszej mieścinie mieszka bardzo dużo par bez ślubu, boli mnie serce. Dlaczego?

Patrzę na Krysię i Józka, którzy żyją w małżeństwie 63 lata (tak, 63 lata w małżeństwie!!!). Przychodzę na kolejne spotkanie wspólnoty małżeństw Kochać i Służyć (TUTAJ) i się zachwycam.

Wiele małżeństw, z bardzo różnym stażem. Każde z nich ze swoją historią, każde inne. Łączy nas jednak chęć pogłębiania relacji ze współmałżonkiem i z Bogiem. Czy to nam daje gwarancje na to, że nas nie dotknie kryzys? Nie! Daje jednak narzędzia do tego, by ten kryzys nas nie złamał.

Ubogacają mnie inne małżeństwa, które dzieląc się swoją, niejednokrotnie trudną historią, pokazują, że warto walczyć i trwać, nawet wbrew uczuciom. Pokazuje, że można żyć ze sobą wiele lat, doczekać się wnuków, prawnuków i być szczęśliwym – pomimo kolejnych problemów, chorób, strat. Że miesiąc miodowy może trwać 63 lata – mimo burz i niesprzyjających wiatrów…

Jak to osiągnąć? Jaka jest rada na bycie ciągle razem?

Bez wspólnoty i przyjaciół, którzy przeżywają podobne dylematy, jest trudniej. Dzięki innym nie czuję się jak dinozaur w swoim patrzeniu na małżeństwo żyjące zgodnie z nauczaniem Kościoła Katolickiego. Czystość przedmałżeńska, trwanie w wierności, szukanie dobra drugiego? To nie przychodzi samo, muszę się tego uczyć i walczyć, często każdego dnia na nowo. Od dnia, gdy zapragnęłam zostać żoną – do dziś.

 

Uczę się być żoną. To dla mnie zarazem trudna i piękna droga. Poznaję na niej nie tylko męża, ale i siebie. Idę, potykając się o swoje braki. Słyszę by nie traktować męża jak wroga, by się przed nim nie ukrywać – prawdziwa, szczera, niedoskonała.

Rozmawiałam ostatnio ze znajomym kapłanem, który użył sformułowania, że

do bycia dobrą mamą nie wystarczy instynkt macierzyński.

Powiedziałabym dalej – by być dobrą żoną, by miłość miesiąca miodowego mogła trwać, nie wystarczy przyzwyczajenie, obojętność, pozytywne nastawienie. Nie wystarczy nawet łączący nas sakrament i wspólne wartości. Małżeństwa trzeba się uczyć – inwestować w nie, dbać, budzić do życia.

Tylko wtedy staje się ścieżką pełną barw dających życie – na każdej możliwej płaszczyźnie. Tylko takie małżeństwo staje się drogą życia i mojego rozwoju. Wtedy jest miejscem, gdzie serce przy sercu – mówimy KOCHAM CIĘ z pełną odpowiedzialnością za słowa. Wtedy miesiąc miodowy zamienia się w lata tłuste w miłość, akceptację, rozwój, zrozumienie. Oby tak było i u nas!

Tekst powstał w ramach kampanii „Małżeństwo jest drogą” (organizowanej przez Ewę Olborską Mocem), która jest częścią obchodów Międzynarodowego Tygodnia Małżeństwa 2019.


Baner u góry strony jest własnością MOCEM, pozostałe zdjęcia pochodzą z mojego prywatnego, domowego archiwum

facebook.com/niezawodnanadzieja

Instargam.com/biegnac.pod.wiatr

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *