Wielki Post

Wielki Post zaczęłam z krzykiem. Podczas porannej mszy krzyczało moje dziecko w wózku. Zaczęło niepostrzeżenie, kazanie chyba było zbyt spokojne, bo na kazaniu właśnie krzyk się zaczął… Niewiele z tej homilii pamiętam. Ksiądz mówił o tym dlaczego popiół (była to Środa Popielcowa, oczywiście), mówił o jego symbolice itd. Mówił tak, że…krzyk Jasia nie potrafił zagłuszyć we mnie tych treści. Zapadło we mnie jedno. Przytoczę bardzo nieudolnie parafrazując kaznodzieję: popiół jest ziemią daną nam w ogrodzie Eden. Ten popiół, ta ziemia. Ten popiół ma być dla nas powrotem do raju. Ma być przypomnieniem, że Bóg chcę wziąć nas za rękę i zwyczajnie w ciszy z nami pospacerować, być blisko. Przeszył mnie na wskroś, chodzę z tym cały czas i wciąż narasta we mnie pragnienie takiego spaceru z Nim.

Pierwsza niedziela Wielkiego Postu. Tutaj też kazanie, tym razem inny kapłan. Mówi o chrześcijańskich poganach. O tych, którzy co tydzień przyjmują Jego w Komunii, a nie wierzą, że zmartwychwstał. I żyją jakby nie wierzyli. Nie mogę powstrzymać się od śmiechu (wiem, wstyd się chichrać, gdy się siedzi w drugim rzędzie, ale naprawdę nie potrafiłam się nie uśmiechnąć…) – mówi o tych, którzy przyjęli go na kolędzie, a nie chcieli witać się przez próg (bo to nieszczęście), o tych, którzy w wózku dziecka mają wielką czerwoną wstążkę (bo przecież to odgania uroki) i o tych, którzy „odpukać” na razie są zdrowi. Mówi o nich ostro. Że zaprasza do konfesjonału. Mówi tak, że robi mi się gorąco. Bo choć ja w przesądy nie wierzę to robi mi się ciasno. Ciasno w mojej pogańskiej skórze. Bo czy ja zawsze i w każdej życiowej sytuacji wierzę, że On zmartwychwstał? Czy ufam Mu, że przeprowadzi mnie przez moje życiowe pustynie? Czy wierzę, że On zmartwychwstał dla mnie? No właśnie… Czy wierzę? No i mam swój Wielki Post…

A o tym co myślę o przesądach już kiedyś było… Przypominam (właśnie dlatego nie mogłam się nie śmiać…)
środa, 28 maja 2014
Zauroczenie?
Gdy wracałam dziś z krótkich zakupów z Jaśkiem pewna starsza pani zajrzała mi do wózka i z wyrzutem powiedziała:
– A gdzie czerwona wstążka? Zauroczą pani dziecko.
– On jest tak uroczy, że nic mu nie grozi – odp żartem.
Na co zbulwersowana już troszkę pani zaczęła mi wmawiać, że czerwona wstążka jest niezbędna, że zauroczenie to poważna sprawa itd…
Ja jej na to, że nie wierzę, że czerwona wstążka jest w stanie pomóc mojemu dziecku i że nie wierzę w takie rzeczy, bo jestem katoliczką.
– Ja też jestem katoliczką i co z tego? Co to zmienia? – powiedziała.
– Jak dla mnie zmienia, bo skoro jestem katoliczką to wierzę w Jezusa, a nie w pomoc wstążki. Ja nie potrzebuję czarodziejskich sztuczek, bo Bóg jest silniejszy niż zauroczenia, wstążki, przesądy. Jezus rozwala to wszystko na łopatki – tym razem stwierdziłam już poważniej.
– Ale wstążka musi być! – twardo obstawiała starsza pani.
– To chodźmy do naszego proboszcza i go o to zapytamy – zaproponowałam.
I na tym historia się kończy, gdyż pani wymiękła twierdząc, że jestem nawiedzona.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *