Sakrament Miłości

Jako nastolatka miałam ogromny problem ze spowiedzią. Nie potrafiłam przyznać się do błędu, bardzo bałam się oceny, wielu rzeczy nie potrafiłam nazwać. Szukając dziury w całym, popadałam w skrupuły, a trzymając się sztywnych formuł czułam się coraz bardziej zamknięta w klatce własnych oczekiwań.

Po kilku latach, gdy trafiłam do duszpasterstwa akademickiego, pewne rzeczy zaczęły się zmieniać. Poznałam Kościół z innej strony – uśmiechniętej, pełnej radości i wierzącej w to, że Bóg kocha – nie tylko innych, ale również mnie.

Minęło kilka lat zanim zaczęłam poważnie traktować zaproszenia, które wysyłał mi Pan Bóg. Czułam, że wiele się we mnie zmienia, że przyszedł czas by  się przełamać i szukać stałego spowiednika, który pomógłby mi ogarnąć to co kulało. Popełniłam na tym polu wiele błędów i nazbierałam cały worek zranień. Dziś nie pytam ludzi, ale Boga – gdzie jest kapłan odpowiedni dla mnie? Choć brzmi to bardzo górnolotnie to patrząc na ostatnie 7 lat mojego życia – dostawałam bardzo konkretne odpowiedzi. Gdy szukałam spowiednika trzy lata temu, dużo się w tej intencji modliłam. Pewnej niedzieli spojrzałam na kapłana stojącego przy ołtarzu i poczułam, że to on. „Ha ha ha, bardzo śmieszne Panie Jezu!” – taka była moja pierwsza reakcja. Nie znałam go, nie wiedziałam jak do niego podejść by nie zostać potraktowaną jak niezrównoważona…. Taka wewnętrzna szamotanina trwała kilka tygodni. Gdy w końcu zdecydowałam się zapytać go o spowiedź – zachowywał się tak jakbyśmy znali się od dawna, a moja prośba nie była niczym niezwykłym. Po pierwszej, dziesiątej, piętnastej spowiedzi u tego kapłana wiedziałam, że to co usłyszałam wtedy na mszy było prawdziwe – relacja z tym księdzem daje mi niesamowitą wolność, a jednocześnie sprawia, że się rozwijam. Jak?

Przede wszystkim stały spowiednik motywuje mnie do tego by się do sakramentu przygotować porządnie. Wstyd przyjść i pokazać, że tak trochę wiem, a trochę nie wiem z czym przychodzę. To mnie mocno motywuje do tego by dbać o częsty rachunek sumienia…

Gdy patrzę na swoje życie staram się zadawać sobie trzy pytania:

  • jak wygląda moja relacja z najbliższymi – mężem, dziećmi itd?
  • jak wygląda moja relacja z Jezusem?
  • jak traktuję samą siebie?

Choć wydają się być bardzo ogólne i na pozór pokazujące niewiele – prowadzą mnie w modlitwie na głębokie rejony mojego serca.

Spowiedź jest dla mnie spotkaniem. Nie zawsze czuję się po niej jak ptak. Nigdy jednak nie wyszłam z niej przybita. Mój spowiednik pomaga mi spojrzeć szeroko na to wszystko co się wokół mnie dzieje – sama często nie widzę źródła swoich problemów, których rozwiązanie niejednokrotnie jest na wyciągnięcie ręki. Ten sakrament daje mi poczucie, że jestem kochana „pomimo”. Nie muszę być nieomylna by być ważna, akceptowana, chciana, piękna i dobra. Taką stworzył mnie Bóg i taką widzę siebie w momencie rozgrzeszenia.

Kiedyś bardzo wstydziłam się spowiadać u księży, którzy mnie znali. Dziś czuję zupełnie odwrotnie – mam wrażenie, że tylko przed kapłanem, z którym mam jakąś relację – którego znam i mu ufam – potrafię się otworzyć. W obecnej relacji doświadczam tego bardzo mocno. Potrafię przeskoczyć przez moje psychiczne opory, a mój wstyd mnie nie paraliżuje.

Ze spowiedzi nie korzystam regularnie – tzn. nie wyznaczam sobie terminu np. co miesiąc. Umawiam się na nią wtedy, gdy czuję taką potrzebę. Czasem co 3 tygodnie, a czasem co 8… Tak jak podpowiada mi moje sumienie.

Przez to, że spowiadam się siedząc naprzeciwko drugiego człowieka (a nie w konfesjonale) ważne jest dla mnie to bym czuła się bezpieczna i akceptowana przez księdza. Ważne jest jakim językiem do mnie mówi. Duże znaczenie ma jego wiek i podejście do tego, że czasem się spóźniam (mam wybitne szczęście do stania w korkach!). Od jakiegoś czasu walczyłam sama ze sobą by nie korzystać z gotowych formułek spowiedzi. Dlaczego? Bo chciałam by to spotkanie było moje, a nie zamknięte w sztywne ramy, które nie pomagały mi w niczym. Gdy rozmawiam z moim spowiednikiem, zaczynam od razu (po znaku krzyża) mówić z czym przyszłam. Daje mi to duże poczucie odpowiedzialności za to spotkanie i jestem wdzięczna mojemu jezuicie, że się na to zgadza – wszak nie każdemu kapłanowi to odpowiada.

Lubię spowiedź. Nie jest to dla mnie już droga przez mękę, ale miejsce wielkiego przytulenia mnie razem z moim brakiem. Jest czasem, gdy sacrum spotyka się z profanum. Jest miejscem, gdzie w 100% mogę być sobą i wiem, że nikt mnie za to nie odrzuci. Mogę poczuć się dzieckiem Tego, który ukochał mnie bez końca…

 

*zdjęcie z pixabay.com

Comments

  1. Paulina

    Madzia,

    dziękuję Ci za ten tekst 🙂 Ze spowiedzią od wielu lat mam wielki problem – chociaż staram się być w mocnej relacji z Bogiem, to trudno jest mi pójść do spowiedzi. Nigdy nie rozumiałam, jak można spowiadać się tak, jak robisz to Ty – siedząc naprzeciwko kapłana i rozmawiając z nim. Na chwile obecną to chyba jest dla mnie za trudne, ale każdego dnia uczę się mówić o moich słabościach, wadach. Uczę się przepraszać i staram się stanąć w dystansie do samej siebie, żeby zaakceptować to, co we mnie wątłe, grzeszne, pełne ciemności. Dzięki temu tekstowi zastanowię się nad spowiedzią jeszcze raz 🙂 Na nowo.

    1. Post
      Author
  2. Toksyczna kosmetyczka

    Ja nie uznaję spowiedzi. Moim zdaniem z naszych grzechów rozlicza nas Bóg (jeśli w ogóle istnieje). To on widzi co robimy. Księdzu i tak nie jesteśmy w stanie wyspowiadać się że wszystkiego. Połowę grzechów i tak zapomnimy. Poza tym forma rozgrzeszenia jest dla mnie nie do przyjęcia. Odmówić zdrowaśkę i będzie Ci wybaczone? To takie za przeproszeniem na odwal. Jak mam potrzebę to sobie z Bogiem pogadam choć i tak w niego nie wierzę.

    1. Post
      Author
      Magdalena Urbańska

      A ja wierzę. I spowiedź to dla mnie bardzo mocne spotkanie, które mnie zmienia. Czuję się Bożym skarbem, On nie jest moim sędzią. To ja potrzebuję tej spowiedzi, nie Bóg. Pozdrawiam!

  3. Ter

    Ja mam ambiwalentny stosunek do spowiedzi. Chyba jednak traktuję ją jako swego rodzaju formalność.. Żeby być wobec Pana Boga w porządku. Bo rzadko mi się zdarza (choć były takie pojedyncze przypadki) żebym była przez księdza dobrze zrozumiana. Albo czuję, że bagatelizuje on to, co ja uważam za problem mojej relacji z Panem Bogiem albo wręcz przeciwnie, „przyczepia się” do czegoś, co wyznaję raczej „dla porządku” ale nie bardzo „czuję” tu grzech ( co często nie jest winą kapłana, trudno wyjaśnić przecież wszystkie występujące okoliczności, bo spowiedź musiałaby trwać cały dzień a nie 5 minut). Nie mogę się jednak przemóc i podjąć poszukiwania stałego spowiednika. Trochę mi to pachnie takim szukaniem terapeuty i chęcią wygadania się, zwrócenia na siebie uwagi itp

    1. Post
      Author
      Magdalena Urbańska

      Ter, w tym właśnie chyba tkwi piękno posiadania stałego spowiednika – on znając jakąś osobę nawet po 5 minutach spowiedzi nie przyczepia się ani nie bagatelizuje. Sama mam takie doświadczenie, że im dłużej spowiednik mnie zna, tym więcej rozumie i nie muszę czegoś tam tłumaczyć. On wie.
      Nie traktuję takiej spowiedzi jak terapii czy zwrócenia na siebie uwagi. Myślę, że w każdym z nas jest pragnienie bycia ważnym. Spowiedź jednak jest sakramentem trudnym – kapłan poznaje nas z tej najciemniejszej strony. Terapia wygląda zupełnie inaczej (przynajmniej tak mnie uczono na studiach ;)).
      Może spróbuj raz umówić się do spowiedzi z jakimś konkretnym księdzem – tak byś miała więcej niż 5 minut. Nawet jeśli będzie to tylko jednorazowa spowiedź. Może warto byś zobaczyła czy to jest opcja dla Ciebie? Nie dowiesz się dopóki nie spróbujesz…

    1. Post
      Author
  4. kasia b.

    Fajny tekst, i wierzę, że to co przeżywasz to prawda. Z mojej strony powiem tyle że kiedyś podobnie przeżywałam spowiedź… do czasu kiedy przenieśli spowiednika. Modliłam się o kolejnego. Spokojnie czekałam, szukałam i próbowałam. Pięć lat… Zaliczyłam 4 falstarty i obecnie mam dosyć. Już mi nie zależy. Bo znalezienie kapłana o jakim piszesz to jak szukanie igły w stogu siana. Przekonałam się kilkakrotnie, że co innego pięknie mówić z ambony, spowiadać ‚swoich’ ze wspólnot itp a co innego takiego szarego żuczka z ulicy któremu się problemy spiętrzyły, wiara odeszła i jest sama ciemność. Księża takich osób nie chcą. Spowiedź w konfesjonale to obecnie koszmar. I choć prosiłam wybranych księży o stałe spowiednictwo i pomoc w powrocie do pana Boga, i księża się zgadzają, to potem praktyka jest już niekoniecznie… Czuję się zawiedziona i oszukana przez nich. Nie mam siły aby powalczyć o swoje i wiele łez popłynęło i se odpuściłam. Nie mam siły na kolejne ‚przygody’ w konfesjonale, na słuchanie kolejnych bezosobowych regułek i zachęt. Przykre ale prawdziwe. I tylko wzruszam ramionami jak z ambony słysze jak ważna jest spowiedź, stały spowiednik, rozmowa… takie puste gadanie bez pokrycia w rzeczywistości.
    Takie jest moje doświadczenie.

    1. Post
      Author
      Magdalena Urbańska

      Rozumiem co czujesz… Pisałam we wpisie „Czułam, że wiele się we mnie zmienia, że przyszedł czas by się przełamać i szukać stałego spowiednika, który pomógłby mi ogarnąć to co kulało. Popełniłam na tym polu wiele błędów i nazbierałam cały worek zranień.”. Taki był ten mój worek zranień jak piszesz – trafiałam na nieodpowiednich księży. Cieszę się jednak, że się nie poddałam. Wiedziałam, że jeśli odpuszczę to zaniedbam mocno spowiedź. To było trudne. Bardzo.
      Nie potrafię Ci nic doradzić. Sama mam w sobie wiele lęków, a zranienia sprawiają, że muszę się do kogoś przekonać by móc się przed nim otworzyć. Zaufanie nie działa u mnie na widok koloratki – mam wrażenie, że jest wręcz przeciwnie. Dlatego zostaje mi jedno – będę się modlić Kasiu byś znalazła kogoś dobrego dla Ciebie.
      Pozdrawiam i dziękuję, że podzieliłaś się swoją historią!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *