Jaką drogę trzeba przejść by słowa „Jezu, Ty się tym zajmij” nie były puste, ale były prawdziwym zawierzeniem?

„Jezu, Ty się tym zajmij” to słowa na których często zatrzymuje się mój wzrok pod postem, w którym ktoś prosi o modlitwę. Nie mogę oprzeć się w takich sytuacjach wrażeniu, że te słowa padają machinalnie, bez refleksji, na odczepnego.

Wiem, że wiele osób modli się tą modlitwą bardzo głęboko, żarliwie i z serca. Wiem też, że często wypowiadana jest jak magiczne zaklęcie dające poczucie, że oddałam to Jezusowi, więc już nie muszę się starać, robić, martwić. On zrobi za mnie życie.

Jaką drogę trzeba przejść by słowa „Jezu, Ty się tym zajmij” nie były puste, ale były prawdziwym zawierzeniem?

Głowa w mur. Daję milion temu, kto potrafi na to pytanie dobrze i wyczerpująco odpowiedzieć. Ja nie potrafię. Patrząc jednak na siebie widzę, że jedno jest tu ważne.

Pytanie: kim dla mnie jest Bóg?

Jeśli czuję, że On jest tym, który ma mnie chronić i nigdy nic złego mnie nie spotka – sory, ale nie…
Jeśli chcę by moje życie było łatwiejsze – tak, On też tego chce, ale sam za mnie żyć nie będzie.
Bóg Cię kocha! Tak, kocha. Dlaczego pozwala więc na twoje cierpienie? Nie wiem.
Pytania o niezawiniony ból, stratę, bezsilność pojawiają się także we mnie. Nie znam odpowiedzi. Mam nadzieję, że kiedyś będę Go mogła o to zapytać.

Sama modlę się tą modlitwą bardzo rzadko. Nie dlatego, że mnie nie przekonuje, mam wrażenie, że wręcz przeciwnie.

Gdy dowiedziałam się, że mój syn potrzebuje zabiegu w pełnym znieczuleniu, ogarnął mnie lęk. I właśnie myśląc o tym lęku, paraliżu, bólu powiedziałam w szpitalnej poczekalni: Jezu, Ty się tym zajmij! To była potrzeba serca, to było wołanie o przytulenie. Przytulił.

Jak dojść do momentu, gdy ta modlitwa będzie miała sens? Rozmawiać z Nim. Opowiadać Mu o sobie – o bólu, beznadziei i o radości, szczęściu. Trzymać Go blisko siebie. Prosić słowami ks. Tokarzewskiego „Jezu, walcz o mnie!”, gdy inne słowa za bardzo bolą. Wpuścić Go do swojego serca. Małymi krokami. On nie jest głuchy na nasze choćby najmniejsze wołanie.

To nie jest modlitwa bezczynności. To proszenie by On pociągnął w stronę, w którą mam iść, pokazał kierunek, gdzie mam patrzeć. Nie polega na zrzucaniu swojej odpowiedzialności na Boga. Trzeba wstać na nogi i iść – zgodnie z Jego kierunkiem. Zacznij wpuszczać Boga na serio, być może On się właśnie o ciebie upomina. Być może właśnie teraz o ciebie walczy. Tak jak o mnie.

Comments

  1. Emilia

    Kiedyś usłyszałam, że nasze życie na ziemi to jest ciągła akcja ratunkowa, która przeprowadza Pan Bóg. tak samo jak medycy przeprowadzają akcję ratunkową nad umierającym. I na końcu ta siostra powiedziała mniej więcej „Jeśli jeszcze żyjesz, to znaczy że Bóg Cię musi jeszcze uratować”. Skojarzyło mi się z Twoimi ostatnimi słowami, że Bóg teraz o mnie walczy. Dziękuję

    1. Post
      Author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *