Posłuszeństwo w Kościele

Jakiś czas temu pisałam o przenoszeniu kapłanów na nowe miejsca pracy i żalu wiernych (1).

Rozważanie to skończyłam słowami, że

posłuszeństwo to dar.

Na prośbę Natalii chciałabym tę myśl rozwinąć, zapraszam!

Gdy modliłam się cztery lata temu o stałego spowiednika dla siebie, zobaczyłam pewnego kapłana. Czułam, że to właśnie on jest odpowiedzią na moją modlitwę. Kłóciłam się z Bogiem mówiąc, że go nie znam, nic o nim nie wiem i nie podejdę tak zwyczajnie zapytać go o dłuższą, spokojną spowiedź. Szamotałam się długo, aż w końcu zdecydowałam się zaufać temu, co jak mocno czułam, chciał ode mnie Jezus. Byłam Mu posłuszna. Choć kosztowało mnie to wiele, jeszcze więcej otrzymałam. Cztery lata korzystałam z posługi wspaniałego kapłana, który nie tylko potrafił słuchać, ale docierać mocno do mojego serca.

Dziś modlę się znów w tej samej intencji i słyszę odpowiedź Boga. Dziś nie będę się z Nim o to spierać. Teraz pytam tylko „jak i kiedy mam znaleźć tego kapłana, by móc z nim porozmawiać?”. Znowu Jezus pokierował mój wzrok na człowieka, którego nie znam. Dziś nie znają go także moi znajomi. Zaczynam od zera, zaczynam w postawie posłuszeństwa.

W maju byłam na rekolekcjach ignacjańskich. Gdy poczułam, że chciałabym na nie wrócić po 8 letniej przerwie, pytałam na modlitwie: gdzie Panie Jezu mam pojechać? Gdynia, Warszawa, Zakopane? Jednego byłam pewna – nie chciałam jechać do Porszewic. Miałam dwa powody – niechęć do modlitwy charyzmatycznej i obawa przed spotkaniem osoby, która przypominała mi kogoś sprzed lat. Jednak im dłużej się modliłam, tym bardziej widziałam Porszewice. To było dla mnie bardzo trudne i po ludzku niemożliwe! Po jakimś czasie się poddałam. Jest we mnie pewien rodzaj „przeczucia”. Jezus pokazuje mi w nim bardzo dobitnie czego ode mnie chce. Tak też było teraz.

Na tych rekolekcjach działy się cuda. Każdego dnia. Jak na taśmie filmowej widziałam moje lęki, problemy, zranienia. Jedno po drugim zostało uzdrowione, oczyszczone, pogłaskane. Myślałam w połowie rekolekcji, że już wszystko, już więcej nie ma, już mi wystarczy. Moja towarzysz powiedziała mi wtedy, bym nie kapitulowała. Mówiła by do ostatniej minuty milczenia trwać w czasie rekolekcji.

Podczas ostatniego śniadania w ciszy jadłam przepyszny pasztet (wow! Jakie tam jest pyszne jedzenie!) i w sercu usłyszałam czuły szept

dziękuję za twoje posłuszeństwo.

Łzy pociekły mi na talerz. Tak, przyjechałam na rekolekcje trochę wbrew sobie. Trwałam w nich mimo poczucia, że nie warto. A Jezus mi za to podziękował! Dał mi tak wiele, bo Mu na to pozwoliłam. Co byłoby gdybym tam nie pojechała? Nie wiem. Myślę, że Jezus by sobie z tym poradził, ale czy ja bym sobie dała radę?

Posłuszeństwo temu co przychodzi na modlitwie nosi pewne zagrożenie – coś może nam się wydawać. Nie wszystko co słyszymy pochodzi od Boga. Sztuką jest rozeznać co jest od Niego, a co nie. Ja się ciągle tego uczę i…patrzę na owoce.

A co z posłuszeństwem drugiemu człowiekowi? Przełożonym?

Nie jestem w takiej relacji. Nikomu nie obiecałam posłuszeństwa. Jestem jednak w małżeństwie i ślubowałam wierność. Co ma jedno do drugiego? To, że czasem robię to, co mi się nie chce. To, że moje pragnienia muszą czasem zejść na dalszy plan. To, że dobro wspólne powinno być czasem większe niż moje własne – bo jestem częścią rodziny.

Dlaczego kapłan powinien być posłuszny swojemu biskupowi/prowincjałowi? Bo mu to obiecał! Wiem, że zdarzają się sytuację pewnych nadużyć wśród przełożonych. Wiem, że nie każdy jest na tyle dojrzały by umieć decydować za drugiego człowieka. Ale czy na tym nie polega właśnie posłuszeństwo? Robię coś, pomimo tego, że może mi się to nie podobać?

O tym co dzieje się z ludźmi nieposłusznymi, słyszymy czasem w mediach. Jedni dostają zakaz wystąpień publicznych, inni zostają odesłani na placówki na końcu świata. Czy to kara czy konsekwencja własnego wyboru? Nie znam się. Nie wiem.

Marzę jednak o mądrych hierarchach w Kościele. Modliłam się o dobre decyzję dla mojego arcybiskupa, gdy nadszedł czas na zmiany personalne w parafiach.

Skarżyłam się w ostatnim tekście, że zabrano mi z parafii dwóch fenomenalnych kaznodziei. Dziś słyszałam kazanie nowego wikarego. Rozwaliło mnie totalnie. Jest kimś, o kogo się modliłam. Jest człowiekiem, którego słuchałam z otwartą buzią…

Czy chciałabym spowiadać się u nieposłusznego kapłana? Czy chciałabym by uczył moich synów katechezy? Nie. Potrzebuję wokół siebie ludzi pokornych, by tej pokory się uczyć. Gdzie to zrobić skoro przykład płynie z góry?

 

(1) https://niezawodnanadzieja.blog.deon.pl/2018/06/15/nie-placz-kiedy-odjade-sercem-bede-gdzie-indziej/

 

Zdjęcie pochodzi z pixabay.com

2 Replies to “Posłuszeństwo w Kościele”

  1. Ppp pisze:

    Posłuszeństwo, to nie dar, lecz problem.
    Jeśli bowiem masz polecenie wykonania czegoś złego lub głupiego, masz moralny obowiązek odmówić, ale prawdopodobnie zostaniesz ukarana, a przynajmniej będziesz się z tego tłumaczyć. Jeśli jednak wykonasz to polecenie, też możesz zostać ukarana, a przynajmniej wyjdziesz na idiotkę.
    Dlatego nie należy kierować się posłuszeństwem, lecz rozumem – robić to, co dobre i mądre. A jeśli jakaś relacja powoduje u ciebie konieczność okazywania posłuszeństwa komuś niezbyt mądremu czy dobremu – zastanów się, czy warto ją kontynuować.
    Pozdrawiam.

    • Niestety tak już w życiu jest, że i wśród przełożonych trafia się idiota. Niewiele można na to poradzić. Można odejść. Można powiedzieć dość. Można udać się do wyższej instancji. Można poprosić o przeniesienie gdzie indziej. Wiele można – trzeba tylko szukać drogi. Ucieczka nigdy nie jest dobrym wyjściem, zawsze jej ofiara będzie zbyt wysoka.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Przejdź do paska narzędzi