Moje, twoje, nasze? Dylematy przed-małżeńskie

Jakiś czas temu, trochę niespodziewanie, dostałam propozycję współtworzenia kursu dla narzeczonych. Z jednej strony bardzo się ucieszyłam, bo kilka lat temu (przed narodzinami drugiego syna), byłam mocno zaangażowana w współprowadzenie nauk dla przyszłych małżonków.

Z drugiej jednak przyszedł pewien lęk: a co ja im powiem, kiedy sama widzę, że moje małżeństwo leży od ideału bardzo daleko? Może, cytując Paulinę, młodą żonę: „małżeństwo to harówa i można szybko zostać świętym przez męczeństwo”?

Postanowiłam zrobić mały rekonesans, przyglądając się temu jak wyglądają kursy w mojej okolicy. Różnice, które zobaczyłam mocno mnie zaskoczyły.

  • Kurs trwający 5 wieczorów pod rząd, dla narzeczonych i ludzi, którzy narzeczonymi jeszcze nie są, ba – nawet dla singli, prowadzony głównie przez kapłana.
  • Spotkania weekendowe, gdzie dostaje się niezliczona liczbę tematów i kilkanaście liścików do napisania – wyłącznie dla par, prowadzący to kapłan i małżeństwa z co najmniej kilkuletnim stażem.
  • Półtora dnia, podczas których nie ma dialogu, ćwiczeń, jest tylko bierny odbiór świadectw małżonków – wyłącznie dla par przed ślubem.

Na początku stwierdziłam, że pierwsza opcja jest najmniej wartościowa. Nie dość, że produkuje się ksiądz, który świadectwem realizacji swojego powołania do małżeństwa nie zachęci, to z drugiej strony przychodzą tam ludzie niezdecydowani albo samotni. Teraz jednak patrzę na to zupełnie odwrotnie.

Spotykając się z ludźmi, którzy wyszli już z szeregów duszpasterstwa akademickiego, a w małżeństwie jeszcze nie są, widzę lukę w ofertach formacyjnych. Jeśli nie odpowiada komuś charyzmatyczna wspólnota modlitewna, niewiele mu pozostaje. Pół biedy jeśli mieszka w dużym mieście, być może znajdzie dla siebie formację w Kościele (choć gwarancji nie ma, w Gdyni pustki!). Gorzej jeśli w okolicy nie ma propozycji dla osób dorosłych poza Domowym Kościołem.

Coraz częściej dostrzegam w sobie i wokół siebie, że bez formacji osobistej, nie ma też tej małżeńskiej. Jak rozmawiać z mężem, który mówi do mnie, jakby właśnie urwał się z księżyca? Jak odnosić się do niego, gdy mam chęć rzucić mu w twarz gorącą patelnią, bo on NIC NIE ROZUMIE?!

Dziś jako żona z kilkuletnim stażem, stwierdzam,że nie ma klucza do nauki komunikacji międzypłciowej. Można zrobić milion różnych kursów i przeczytać drugie tyle książek, ale prawda jest taka, że bez chęci i stałej formacji wyjdzie z tego tylko frustracja i niemoc. Tak się staram, produkuję, a on nic nie kuma. Wyjdzie z tego jeden wielki kryzys.

Nie dziwi mnie, że co trzecie małżeństwo w Polsce się rozpada. Spora część osób zgłaszająca się na kursy dla narzeczonych przychodzi tam głównie po papierek, świstek niezbędny do stanięcia przed ołtarzem. Mały odsetek spośród nich należy do jakiejś wspólnoty, jeździ na rekolekcje czy korzysta z pomocy stałego spowiednika. Nie wchodząc w motywacje zawierania ślubu kościelnego – widzę jak wielkie spustoszenie mają dziś w sercach ludzie, którym nie potrafimy zaoferować czegoś, co ich zainspiruje do życia wg. ignacjańskiego magis.

Kryzys Kościoła, to dla mnie tak naprawdę skutek niekorzystania z sakramentów. Jakby na to nie patrzeć i nie oceniać – jeśli ktoś nie czuje potrzeby spowiedzi, Komunii czy wychowania w wierze dziecka, jaką wartość będzie miał dla niego sakrament małżeństwa? Jakie znaczenie będzie miał dla niego kurs dla narzeczonych?

Skąd wziąć w codzienności narzędzia do nauki komunikacji? Jak się zachować, gdy okaże się, że dla naszego współmałżonka najważniejsze jest zaspokojenie jego własnych potrzeb, ponad to co nasze? Co jeśli okaże się, że związaliśmy się z emocjonalnym wampirem – wysysającym jak najwięcej dla siebie? Co jeśli sami w pewnym momencie odkryjemy, że naszą główną motywacją do wspólnego życia był lek przed samotnością, czy brakiem innego pomysłu na swoje życie? Może współmałżonek okaże się mocno niedojrzały, a przed ślubem kierował się tym by mieć wspólny budżet, bo „razem łatwiej“?

Wiele osób, z którymi dotychczas rozmawiałam o kursach przygotowujących do małżeństwa, twierdzi, że najlepiej ćwiczyć w praktyce. Zamieszkać ze sobą przed ślubem, żyć razem i sprawdzić czy do siebie pasujemy. Zadaję wtedy pytanie: a co jeśli wydarzy się coś, czego się nie spodziewasz, np. narodziny niepełnosprawnego dziecka/wypadek/choroba/nowe oblicze teściowej?

Życie jest nieprzewidywalne i nie można zaplanować każdego scenariusza. Można jednak szukać narzędzi do tego, by odpowiednio zareagować w sytuacjach kryzysu.

Spotykam ostatnio wiele rożnych kobiet. Część z nich żyje w małżeństwie, jeszcze bez dzieci. Mam wrażenie, że te radzą sobie w codzienności najlepiej. Inne, te, które doczekały się już potomstwa, często mają w sobie pewien rodzaj zagubienia, bo świat okazuje się inny, gdy niedospanie, zmęczenie i hormony przysłaniają jasne barwy patrzenia na świat. Czują się pozostawione same sobie i patrząc na własne doświadczenie, wcale mnie to nie dziwi. Co można zaoferować w takiej sytuacji?

Wracam tutaj do trzech ofert dla narzeczonych, o których wspominałam na początku i myślę pozytywnie o tej pierwszej. Być może okaże się, że wygrzebię z pamięci rady kapłana o tym, jak nie traktować współmałżonka jak swojego wroga? A może zdarzy się, że rewidując swoje dotychczasowe motywacje wejścia w związek, zobaczę ile noszę w sobie ran i poproszę kogoś o pomoc?

Być może… To wymaga jednak wyjścia o krok do przodu, wystawienia się na zranienie, niezrozumienie czy ośmieszenie. Widzę tutaj swoją rolę.

Wychodząc do młodych chciałabym powiedzieć im, że cokolwiek by się nie działo, nie są sami. W Kościele jest wiele małżeństw z podobnymi problemami, a to, że ktoś wierzy w Boga nie gwarantuje udanego związku. Chciałabym powiedzieć, że kryzys jest czymś naturalnym i nie trzeba się go bać. Pokazując siebie słabą, pokazuję prawdziwe oblicze małżeństwa. Być może ktoś właśnie tego potrzebuje…

P.S. Matka chrzestna mojego syna zainspirowała mnie kiedyś słowami: jeśli czegoś w Kościele nie ma i ci tego brakuje – idź i to zrób. Idę więc, przyłączysz się?


Zdjęcia pochodzą z pixabay.com

Zapraszam 🙂

facebook.com/niezawodnanadzieja

https://instargam.com/biegnac.pod.wiatr

urbanska.madzia@gmail.com

Comments

  1. M

    Owszem, stała formacja byłaby najlepsza, ale ile małżeństw się na to decyduje?
    Mam za sobą prawie 40 lat małżeństwa i mogę powiedzieć, że najlepsze lata w naszym małżeństwie tworzy wspólna modlitwa rano i wieczorem- na głos oraz błogosławieństwo przed wyjściem do pracy- krzyżyk na czole
    To otwiera na zdrowe relacje ja-ty oraz ja-Ty, a więc takie, w których ja zawsze jest małe. Zdrowe, bo pozytywne.
    Dlaczego tyle rozwodów? „Nie bądź Dalilą”, Kiedyś usłyszałem te słowa i bardzo dużo rozmyślałem co one mogą oznaczać. Tak krótko, Chodzi o to, aby nie zdradzać Diabłu słabości malżonka przez głośne głoszenie innym wszelkich jego wad. Może brzmi to głupio, ale gdy się nad tym zastanowić, to jest w tym sens.
    Życzę Ci powodzenia I serdecznie pozdrawiam.

    1. Post
      Author
      Magdalena Urbańska

      M, bardzo dziękuję za Pani komentarz! Nic nie brzmi głupio – dla mnie wręcz przeciwnie 🙂

      Nie wiem ile osób zdecydowałoby się na stałą formację. Ale czy nie byłoby wspaniale, gdyby ksiądz w konfesjonale miał gdzie odesłać ludzi, którzy mówią o małżeńskich problemach? To czy się ktoś na to zdecyduje to jedna sprawa. Drugą jest to, czy w ogóle taka opcja istnieje.

      Piękny macie Państwo zwyczaj z modlitwą i błogosławieństwem – dziękuję za świadectwo. Myślę, ze to jest jedna z wielu rzeczy, których należy „uczyć” narzeczonych – by potrafili się ze sobą szczerze modlić. Modlitwa wszak jest spotkaniem bardzo intymnym.

      „Nie bądź Dalilą” – intuicyjnie wyczuwam to, co chce Pani powiedzieć. I dodałabym tylko, że nie tylko zdradzać diabłu, ale i ludziom. Mam taki zwyczaj by mówić innym o mężu tylko dobrze – to zdecydowanie łączy małżeństwo i buduje zaufanie.

      Pozdrawiam serdecznie, Magda

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *